
czyli
stan wojenny w kościele.
Nieco westernowe nastroje wywołała ogłoszona w południe (środa 26.11.2025) w krakowskiej kurii przez nuncjaturę apostolską zmiana na stanowisku metropolity krakowskiego. Odchodzącego na emeryturę arcybiskupa Marka Jędraszewskiego (lat 75) zastępuje dotychczasowy metropolita łódzki kardynał Grzegorz Ryś (lat 61). To znaczący powrót do rodzinnego Krakowa, gdzie pobierał nauki, doktoryzował się i rektorował miejscowemu seminarium oraz pełnił posługę biskupa pomocniczego. Nominat od 2017 r.jest metropolitą łódzkim zaś w 2023 został wyniesiony do godności kardynała. Co ciekawe wcześniej był już przymierzany na metropolitę krakowskiego, jednak w 2016 roku to stanowisko zajął kontrowersyjny Marek Jędraszewski. Na tle swojego poprzednika Ryś przedstawiany jest jako bardziej liberalny i nowocześniejszy. Marek Jędraszewski zasłynął m.in. tym, że mniejszości seksualne nazywał „tęczową zarazą”, a aborcję „holokaustem”. Regularnie wypowiadał się też na tematy polityczne, nie ukrywając swoich konserwatywnych poglądów. Arcybiskupem krakowskim został w 2016 roku. Jako metropolita został też wielkim kanclerzem Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II. W czerwcu 2024 poinformował, że złożył rezygnację z urzędu po ukończeniu 75 lat. Papież zdecydował jednak, że będzie pełnił funkcję do czasu wyznaczenia następcy. I teraz to historyczne wydarzenie jako żywo przypomina rewolwerowy pojedynek, stając się przedmiotem wielorakich, nie rzadko kontrowersyjnych, polemik, ocen i opinii…

Środowa nominacja Papieża Leona XIV jest zgodna z ponad stuletnim zwyczajem obsadzania najważniejszych metropolii Kościoła kardynałami. Franciszek odszedł od tej tradycji, Leon najwyraźniej zamierza ją przywrócić, jak wiele innych. Do takich „stolic kardynalskich” należał – od pontyfikatu Leona XIII – także Kraków. Kardynałami było sześciu jego ostatnich metropolitów, z wyjątkiem abp. Marka Jędraszewskiego, który czerwonego kapelusza się nie doczekał.

Tak tę znaczącą zmianę komentuje red. Krystian Kratiuk z krakowskiej Polonia Christiana (Pch.24.pl).
Żałosny jest ten chór nienawistników komentujących odejście Marka Jędraszewskiego z funkcji krakowskiego metropolity. Hejt, który się wobec niego wylewa dziś i wylewał przez ostatnie lata wynika bowiem głównie z przesłanek ideologicznych i politycznych, choć przyznaję, że niekiedy również z rzeczywistych przesłanek instytucjonalnych. Ale wszelkie niedociągnięcia hejtu nie tłumaczą. A jest to hejt głoszony przez tych, którzy za moment będą ponownie piali o potrzebie miłosierdzia, tolerancji, spotkania, zrozumienia, otwartości itp. Serio – idzie Adwent, przyjrzyjcie się swoim wpisom w mediach społecznościowych, drodzy postępowi katolicy, zanim pójdziecie do konfesjonału. To ma znaczenie. Potem powiecie, że wśród katolików postępuje proces niebezpiecznej polaryzacji, że polemizują ze sobą niewłaściwym językiem itp. A belka we własnym oku?
A zaczęło się od samego początku, jeszcze przed ingresem. Wypowiedzi (wówczas jeszcze łódzkiego) ordynariusza bardzo nie podobały się postępowej części Kościoła. Jego przyjazd do Krakowa stanowił zaskoczenie dla wszystkich – łącznie z samym Księdzem Biskupem. No a wszelkie hamulce zostały wyłączone po słynnej wypowiedzi o „tęczowej zarazie”. Wypowiedzi mocnej i w tamtym momencie po prostu potrzebnej – od czasu do czasu bowiem należy nazwać po imieniu to, co się widzi. Kto nie widzi bowiem wielkiej ideologicznej presji na Polskę i Polaków, kto nie widzi jak bardzo ta rewolucja obyczajowa chce zostać nam wciśnięta na siłę, ten jest rzeczywiście ślepym. Oczywiście, będąc z drugiej strony sporu bardzo łatwo jest wykorzystać takie słowa by powiedzieć o „obrażaniu ludzi” itp. Wszak wystarczy trochę dobrej woli by dostrzec, że arcybiskup mówił wówczas o sianiu ideologii, o zagrożeniu, a nie o jakichś konkretnych osobach. No, ale taka „oburzona” reakcja występuje zawsze kiedykolwiek ktoś ze strony konserwatywnej użyje słowa tęcza czy LGBTitp.
Potem było wiele ważnych, dobrych wypowiedzi Księdza Arcybiskupa w obronie rodziny, wartości, Polski, Kościoła. Niektóre z nich rzeczywiście mogły być jednak interpretowane jako dość mocno zaangażowane partyjnie – tym bardziej, że metropolita wypowiedzi tych udzielał głównie partyjnej prasie. Tak wybrał, można tylko nad tym utyskiwać, bo konserwatywne wartości, lub szerzej – idee wynikające z chrześcijaństwa – można przecież opowiadać roztropniej, niż dając zaszufladkować się partyjnie. Albo przynajmniej próbować. No, ale trzeba chcieć.
Tak jak trzeba chcieć współpracować ze świeckimi, nie sądzić, że skoro nie noszą sutanny, to z gruntu są podejrzani. A tak to mogło być przez wielu odczytywane.
Nie zajmuję się teraz stosunkiem abp Jędraszewskiego do księży – różne rzeczy słyszałem, kto chciał to nagłaśniał zamknięcie się metropolity przed kapłanami, generalnie było o tych sprawach głośno. Ale wiem, że stosunek emerytowanego już teraz arcybiskupa właśnie do świeckich konserwatywnych ośrodków w Krakowie i okolicach wcale nie był taki, jak chcieliby to widzieć progresiści. Z nami na przykład spotkał się na samym początku urzędowania i udzielił wywiadu, erudycyjnego, jak na profesora przystało. Potem jednak, przez wiele lat, drzwi stały się zamknięte, i już się nie otworzyły.
Najbardziej zaskakującą sytuacją była jednak ta, gdy tysiące ludzi zjechało się pod kurię by wesprzeć swego pasterza po lawinie hejtu wylanej wskutek wspomnianych słów o „tęczowej zarazie”. Przyjechali z całej diecezji, wynajęli podesty, nagłośnienie itp., by pod kurią podziękować arcybiskupowi. Nie wyszedł do nich, nie pomachał nawet z okna. Byli srodze rozczarowani, stałem wśród nich i to widziałem. Czy biskup obawiał się, że w coś go wmanewrują czy jeszcze czego innego? Nie wiem do dziś. Z całą pewnością kuria nie miała władzy nad tym tłumem – przyjechali spontanicznie, skrzyknęli się w internecie, więc – jak widać – nie bardzo można im było zaufać.
Kilka tygodni później arcybiskup przyjął jednak już oficjalną delegację Stowarzyszenia Ks. Piotra Skargi, która wręczyła mu księgę ponad 55 000 podpisów katolików solidaryzujących się z Nim w tej sprawie. Warto to odnotować, bo po latach pamięć się zaciera – a przecież słowa przestrzegające przed złowrogą ideologią wzbudziły nie tylko niechęć mainstreamu, ale także entuzjazm i wdzięczność licznych wiernych.
Przyjdzie jeszcze czas na szersze podsumowania, teraz piszę na szybko w reakcji na to bezczelne chamstwo, które wylewa się z części komentarzy świętujących przejście biskupa na emeryturę. I świętujących nadejście nowego metropolity – kardynała Grzegorza Rysia.
A przecież akurat Ksiądz Kardynał jest postacią powszechnie znaną z otwartości na innych – również na patrzących na świat inaczej niż on. Jestem absolutnie przekonany, że żaden z chamskich wpisów dotyczących odejścia abpa Jędraszewskiego nie tylko nie przypadłby Kardynałowi do gustu, ale, że wręcz zganiłby ich autorów. Raz jeszcze – przemyślcie te wpisy jak już emocje triumfu czy innego rewanżyzmu wam opadną.
Tymczasem my, mieszkańcy Krakowa, witamy ponownie Księdza Kardynała Grzegorza Rysia. Wiem, że nowy krakowski metropolita szczerze wierzy w synodalność i kulturę spotkania, wierzę więc, że Jego drzwi będą otwarte na różne wrażliwości, tak jak były w Łodzi. W tym i na świeckich – czego w Krakowie do tej pory rzeczywiście brakowało.
I jeszcze z ciekawostek – Ksiądz Kardynał Ryś w Łodzi zarówno zapraszał i błogosławił na Marsz dla Życia i Rodziny (w swej istocie wydarzenie pro-rodzinne i niechętne anty-rodzinnym ideom) a także na przykład bierzmował w tradycyjnym rycie. Arcybiskup Jędraszewski w Krakowie również wykonał taki gest względem wiernych skupionych wokół Tradycji.

A tak rzecz całą postrzega red. Damian Jankowski z Tygodnika Powszechnego.
Rzeczywistość nie jest tak prosta, jak chciałby tego abp Marek Jędraszewski, metropolita krakowski. Ani współczesny świat nie jest tak zepsuty, ani Kościół hierarchiczny taki doskonały.
Abp Jędraszewski nie zatrzymuje się na przerzucaniu winy za kościelne grzechy na innych. Jeśli wczytamy się w jego wypowiedzi, szybko okaże się, że obecny metropolita krakowski od lat znajduje się na wojnie. Własnej wojnie z projektowanym przez siebie antychrześcijańskim światem. A na wojnie, jak wiadomo, nie ma czasu na subtelności. Metropolita Krakowa słusznie zauważa, że współczesny dramat wartości zaczął się w XVIII wieku, kiedy społeczeństwo zachodnie zaczęło odchodzić od Kościoła i skierowało się pierwsze w stronę deizmu, a później – ateizmu. Tyle że rzeczywistość nie jest tak prosta, jak chciałby tego krakowski arcybiskup. Ani współczesny świat nie jest tak zepsuty, ani Kościół hierarchiczny taki doskonały (po fali ujawnień zbrodni seksualnych nie ma moralnego prawa pouczać kogokolwiek).
Abp Jędraszewski, będąc przecież wytrawnym intelektualistą, nie chce dostrzec, że piętnowani przez niego przy różnych okazjach „filozofowie podejrzliwości” na czele z Nietzschem czy Freudem mogą – jak od lat interpretuje ich teksty wybitny współczesny teolog Tomáš Halík – stać się pomocą dla chrześcijan w przezwyciężaniu ich samozadowolenia i zgubnego rozleniwienia w wierze. Arcybiskup ma rację, gdy mówi, że wiara w Boga może być fundamentem ładu moralnego, etycznego i prawnego. Nie jest jednak tak – jak projektuje ten pogląd na społeczeństwa Zachodu hierarcha – że gdy Boga nie ma, wszystko człowiekowi wolno. Nawet wtedy nie przestaje być on „stróżem brata swego” – jak pisał Czesław Miłosz. Prawa człowieka nie są nierozłączne z religią. Już wielki teolog czasu II wojny światowej Dietrich Bonhoeffer przyznawał, że funkcjonowanie chrześcijanina (czy szerzej – każdego człowieka) w świecie bez Boga nie zwalnia go z obowiązku brania odpowiedzialności za siebie i świat.
A sam Kościół? Nie musi egzystować w wiecznej opozycji do świata, w oblężonej twierdzy, wręcz nie może tego robić. Katolicyzm, który buduje lęk wobec otoczenia zamiast z niego wyzwalać, odchodzi od istoty chrześcijaństwa. Choć abp Jędraszewski o tym zapomina i w swoich wystąpieniach ustawicznie nawiązuje do biblijnej metafory św. Jana o świecie jako siedlisku pożądliwości (por. 1 J 2, 16-17), warto mieć świadomość, że – zarówno w Biblii, jak i w teologii – nie jest to jedyny sposób mówienia o ziemskiej rzeczywistości. Świat został stworzony przez Boga jako dobry, co więcej – następnie został przez Niego zbawiony. Zaangażowanie więc w rzeczywistość taką, jaka ona jest, pozostaje głównym zadaniem chrześcijanin, ze świadomością, że nie żyją oni w świecie pozbawionym zła (tyle że zło wewnątrz Kościoła szkodzi mu bardziej niż zewnętrzni wrogowie). „Radość i nadzieja, smutek i trwoga ludzi współczesnych, zwłaszcza ubogich i wszystkich cierpiących, są też radością i nadzieją, smutkiem i trwogą uczniów Chrystusowych” – brzmi początek „Gaudium et spes”, konstytucji duszpasterskiej o Kościele w świecie współczesnym Soboru Watykańskiego II.
Kościół nie ma bezkrytycznie przyjmować wszystkiego, co pochodzi ze świata (Franciszek używa dziś przymiotnika „światowy” w znaczeniu pejoratywnym). Powinien umieć rozpoznać w nim „znaki czasu”, także po to, by siebie i świat przemieniać. A to może dokonać się poprzez refleksję i dialog, a nie przez potępienie i patrzenie z góry! Liberalny zachodni świat nie musi być od razu przepełniony „lewacką zarazą” czy „dyktaturą gender”, może – także poprzez manifestacyjną niewiarę – szukać transcendencji (choćby dialogi kard. Carlo Martiniego z Umberto Eco i ks. Michała Hellera z Richardem Dawkinsem są tego cichym potwierdzeniem). Smutne, że trzeba o tym przypominać ponad 50 lat po Vaticanum II.

I jeszcze jeden ważny głos w tej sprawie. Tym razem swoiste świadectwo prawdy daje znany acz mocno kontrowersyjny publicysta katolicki Tomasz Terlikowski.
„Kardynał Grzegorz Ryś wraca do Krakowa.” Ta decyzja to dobra informacja dla Krakowa, a zła dla Łodzi, ważny sygnał do polskiej hierarchii, ale także – o czym nie wolno zapominać – kolejny znak tego, że ławka otwartych i zgodnych z linią Franciszka i Leona XIV biskupów polskich jest bardzo krótka.
(…) Nawet ci z krakowskich księży, którym z poglądami emerytowanego metropolity było po drodze (a zapewniam, że ich nie brakowało) narzekali na brak komunikacji z arcybiskupem Jędraszewskim. Na jego zamknięte wiecznie drzwi, na to, że sekretarze i współpracownicy odcięli go od księży i świeckich.
Kardynał Ryś zaś – i to podkreślają także ci, którzy niekoniecznie się z nim zgadzają – prezentuje całkowicie odmienny sposób komunikacji. On podaje swój telefon, można się z nim skontaktować, lubi rozmawiać.
I już tylko to sprawia, że przyjęty zostanie w swojej dawnej archidiecezji z otwartymi rękoma. (…)
Istotną zmianą i siłą nowego metropolity krakowskiego jest także to, że w odróżnieniu od swojego poprzednika, niewątpliwie doskonale radzi on sobie z nowymi metodami duszpasterskimi. Jego poprzednik gromił, krytykował, wygłaszał długie homilie. Z ludźmi, szczególnie młodymi rozmawiać nie potrafił. Inaczej jest z kardynałem Grzegorzem Rysiem. Wielkie spotkania ewangelizacyjne, duszpasterstwo wspólnotowe, wychodzenie do ludzi są jego mocną stroną. I tak jak sprawdzało się w Łodzi, tak z całą pewnością będzie się sprawdzało w Krakowie.
Jest wreszcie, i to także trzeba powiedzieć jasno, kardynał Ryś hierarchą odważnym. To on, jako jeden z nielicznych (obok biskupa Krzysztofa Zadarko i watykańskiego kardynała Konrada Krajewskiego) polskich hierarchów jasno odcinał się od antyimigracyjnej retoryki, potępiał szczucie przeciwko migrantom i bronił uchodźców. To w Kościele, który niestety zwiedziony został przez polityczną prawicę i populizm – wymagało odwagi, szczególnie, że inni hierarchowie albo niechętnie zabierali w tej sprawie głos, albo… wręcz prezentowali odmienne, niezgodne – dodajmy z nauczaniem Kościoła – stanowisko.
I tu nagle – jak to się mawiało w czasach mojej młodości – ZONK. Nic z tego, bo mimo, że na nowego metropolitę krakowskiego typowano raczej hierarchów, którzy nie chcieli rozliczenia, odmawiali wsparcia dla ofiar i słynęli z pragnienia powrotu do przeszłości, to został nim człowiek, który jako drugi (pierwszy był biskup Artur Ważny) powołał komisję, która ma zbadać kwestie przestępstw seksualnych w archidiecezji łódzkiej.
Jest to też hierarcha, który broni migrantów, walczy o nowy model ewangelizacji i zamiast potępiać niewierzących próbuje zachęcać do wiary. Jest też znany z tego, że w odróżnieniu od wielu innych hierarchów dużo i mocno mówi o synodalności. Ta nominacja jest więc wyraźnym sygnałem, że Leon XIV chce takiego właśnie kierunku na jednej z dwóch najważniejszych archidiecezji w Polsce.
Warto jednak dodać do tego jeszcze jeden element, który wcale nie nastraja optymistycznie. Otóż tak się składa, że ta nominacja, tak jak wcześniejsza nominacja na arcybiskupa warszawskiego byłego metropolity krakowskiego uświadamia jak krótka jest ławka otwartych, franciszkowych, odważnych biskupów w Polsce. Jeśli chce się mieć takiego w archidiecezji krakowskiej, to trzeba go zabrać z archidiecezji łódzkiej, a jeśli chciało się mieć takiego w Warszawie, to trzeba go było zabrać z Katowic. To uświadamia, że albo nuncjusz apostolski nie umie znaleźć nikogo odpowiedniego (co pewnie jest jednym z elementów), albo, że Kościół w Polsce na tyle rozjechał się z Watykanem, że takich osób jest naprawdę bardzo niewiele. I to jest realny problem (…)

Zebrał w sieci i opracował – Ryszard Zaprzałka

















