Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Pomiędzy zarazą a Sodomą

Film Sylwestra Latkowskiego nie tylko, że niczego nie załatwia, ale dodatkowo skutecznie zaciemnia to, co najważniejsze - pisze Tomasz A. Żak, ceniony publicysta i reżyser, twórca Teatru Nie Teraz. Nie chodzi bowiem o taki czy inny, choćby najbardziej brudny rozrywkowy interes bazujący na tzw. ekstremalnym seksie. Rzecz też nie w tym, że w takim miejscu bywa i korzysta z jego oferty  taka czy inna persona z identyfikatorem „celebryta”.  Sedno w tym, że ten rynsztok, to prosty i oczywisty efekt popularyzacji, żeby nie napisać upaństwowienia antykultury jako takiej. Ale o tym w filmie cicho sza.

Przymus „robienia miłości”

Świat w swych dziejach widział już niejedno rozpasanie i zboczenie będące efektem nadmiaru władzy i pychy, co dotyczyło niemal z definicji tzw. elit, również artystycznych. Lud, proletariat czy – jak kto woli - obywatele również nie byli wolni od łamania dekalogowych przykazań, w tym siódmego i dziewiątego. Oprócz żądzy pieniądza i władzy, to właśnie pożądanie seksualne jest najskuteczniejszym orężem piekła w walce o nasze dusze. Niemniej przez wieki całe te grzeszne skłonności skutecznie tonowało prawo naturalne, a wraz z pojawieniem się wiary chrześcijańskiej, jeszcze skuteczniejszą okazała się być bojaźń boża. A kiedy ktoś przebrał miarę, to bywał wykluczany poza społeczność, jak taka Jagna Borynowa wywieziona poza wieś na kupie gnoju.

Wszystko zmieniła rewolucja roku 1968, która swój kontrkulturowy sukces oparła przede wszystkim na „wolnej miłości”. Najlepszymi sprzedawcami owego „Make love not war” okazali się być artyści. W ten sposób to, co dotąd skrzętnie ukrywano w alkowach, komnatach, czy stodołach rozpełzło się na ulice i stadiony zamieniane w kolejne „łudstoki”. Odtąd tarzanie się w błocie – dosłownie i w przenośni - nie tylko przestało być wstydem, ale stało się wyróżnikiem tej „lepszej” i „nowocześniejszej” części ludzkości, do której mógł należeć dosłownie każdy.

Miarą awansu społecznego, który zafundowała nam tamta rewolucja, stała się jak najszybsza utrata cnoty, a zaraz potem możliwość dogadzania swoim rozbudzonym chuciom „w piątek, świątek i niedzielę” i najlepiej z coraz to nowym obiektem pożądania. W szczególnej cenie było móc „zrobić to” z artystą (dzisiaj celebrytą). Nic dziwnego, że z tej uprzywilejowanej pozycji owi artyści (celebryci) płci obojga korzystają od dziesięcioleci „ile wlezie”. Najpierw byli to członkowie rockowych kapel, potem to już prawie każdy, kogo pokazali w telewizorze, no i poooszło.

To nie deszcz pada

Wokół tej antykulturowej „nowoczesności” powstał obsługujący ją przemysł gadżetów z piekła rodem i usług jak najbardziej piekielnych: od sklepów erotycznych (sex shopy), poprzez różowe kino (to eufemizm pornografii), tabletki wczesnoporonne, kliniki aborcyjne, aż po państwowe prawodawstwo pozwalające z jednej strony zastąpić prawdziwe małżeństwo niby związkiem, a z drugiej strony sankcjonujące zabijanie dzieci poczętych. To już nie są zamtuzy na przedmieściach; nie polakierowane turystyczną atrakcyjnością „dzielnice czerwonych latarń” - zaraza ma teraz mega wymiar, taki na filmową hollywoodzką skalę, a burdelowa kultura chce rządzić już wszystkim: modą i mediami, obyczajowością i instytucjami sztuki, Kościołem i szkolnictwem, a szczególnie tym artystycznym. Złe drzewo nie da dobrego owocu, a więc dziwić się należy tym niezliczonym pseudo estetom, którzy się dziwią, że w jakiejś galerii za wielką sztukę każą nam uważać performance z onanizującą się artystkę, a w jakimś teatrze główne role grają aktorzy porno. To trochę tak jakby ktoś pękniętą grubą rurę z ekskrementami próbował zatykać chusteczką do nosa.

O jednej z najważniejszych państwowych galerii sztuki w Polsce, czyli Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie, tzw. szeroka publiczność dowiedziała się jesienią 2013 r., kiedy to pod budynkiem galerii stanęli modlący się ludzie z krzyżami, protestując przeciwko „dziełu” eksponowanemu na zorganizowanej tam wystawie „British British Polish Polish: sztuka krańców Europy w latach 90. i dziś”.  Elementem tej ekspozycji był film „Adoracja”, niejakiego Jacka Markiewicza, na którym tenże kładł się nagi na dużym zabytkowym krucyfiksie i ocierał się genitaliami o figurę Jezusa Chrystusa. To oczywiste bluźnierstwo wywołało reakcję osób wierzących i stało się skandalem o wymiarze nawet politycznym. Oczekiwano na dymisję dyrektora CSW, Fabio Cavallucciego. Ówczesny minister kultury, Bogdan Zdrojewski, podjął jednak inną decyzję i postanowił, że ten włoski propagator postmodernizmu pozostanie na stanowisku do końca swojej kadencji.

W tym samym roku Dorota Segda, aktorka, na scenie krakowskiego Narodowego Teatru Starego z pełnym profesjonalnym zaangażowaniem imitowała kopulację w bluźnierczej inscenizacji sztuki „Do Damaszku” w reżyserii Jana Klaty, co skończyło się protestami i wielkim skandalem, który ma wiele mówiącą puentę. Zamiast kolejnej Jagny wywożonej byle dalej stąd, pani Dorota spokojnie „aktorzyła” oraz „profesorzyła” na Akademii Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego, gdzie trzy lata później została „nagrodzona” fotelem rektorskim, a w roku bieżącym prolongowała pełnienie tej funkcji na kolejną kadencję.

Żeby nieco zbliżyć się do filmu pana Latkowskiego przywołajmy jeszcze „najsławniejszego ze sławnych”, czyli Romana Polańskiego i jego spektakularny benefis w Teatrze Rampa w 2005 r., gdzie owacją na stojąco zakończyła się premiera musicalu „Taniec wampirów”, oparta na scenariuszu filmu Polańskiego pt. „Nieustraszeni pogromcy wampirów".  Na scenę zaproszono wówczas autora, który wyraźnie wzruszony odebrał z rąk ministra kultury Waldemara Dąbrowskiego złoty medal Gloria Artis (Chwała Artystom). A ja chciałbym tutaj przypomnieć mało znany telewizyjny wywiad Polańskiego, którego udzielił w roku 1987. O seksie z trzynastolatką mówił swobodnie i z uśmiechem: To się po prostu przydarzyło. W tamtym czasie trudno było mi przekonać samego siebie, że to było niewłaściwe.

Gwałt jakiego ten 44-letni wówczas mężczyzna dopuścił się w Los Angeles, reżyser Polański odfajkowuje pytaniem: Dlaczego mam być ukarany za moją skłonność do młodych dziewczyn?

Niepoprawna prawda

Raz jeszcze cofnijmy się o te około siedem lat. Mariusz Dzierżawski, reprezentujący obecnie Komitet Inicjatywy Ustawodawczej „Stop pedofilii”, w rozmowie z portalem krakowniezalezny.pl mówił między innymi: Dzieci od lat poddawane są przymusowej seksualizacji, niszczącej ich wrażliwość i niewinność. W ostatnich latach te zajęcia są coraz bardziej odrażające. Gabriele Kuby mówi i pisze, że w Niemczech podczas lekcji promuje się związki homoseksualne. Pewien chłopiec, zapytany o czym była mowa na takich zajęciach, odpowiedział, że „ludzie liżą się po narządach”.

Prowadząca rozmowę dziennikarka stwierdziła wówczas, że to przecież niemożliwe, aby coś takiego przyszło do naszego kraju. Tak zresztą myślało i wciąż myśli większość Polaków. Kultywowane jest złudzenie, że „w kraju katolickim to nie jest możliwe”. A w ogóle homoseksualiści i genderyści „to są zjawiska marginalne”. Być może tak było cztery dekady temu, kiedy wszelkie seksualne odstępstwa od normy uważano za zboczenie, a władza komunistyczna co najwyżej ową dewiację wykorzystywała w celu budowania agentury, także w środowiskach artystycznych.

Żelazna kurtyna pękła, no i mamy u nas Amerykę, choć może nie o takiej żeśmy śnili. Ale jeżeli już jest, to sięgajmy do ich wiedzy na temat tego, co płynie rynsztokiem. Na przykład do takiej, że homoseksualiści są odpowiedzialni za 30 do 40 proc. czynów pedofilskich. I do takiej, którą przynosi tzw. Raport Regnerusa, według którego 31 proc. lesbijek wychowujących dzieci molestuje je, podobnie jak 25 proc. męskich homoseksualistów. Pan Dzierżawski tak to puentuje: Związek homoseksualizmu z pedofilią jest oczywisty, choć ukrywany na ogół przez media ze względu na poprawność polityczną. To właśnie środowiska homoseksualne (i inni dewianci) domagają się wprowadzenia do szkół przymusowej edukacji seksualnej, podczas której dzieci mają zmienić negatywne odczucia wobec homoseksualizmu na akceptację dla rozmaitych nienaturalnych związków.

Siedem lat temu aktorka Joanna Szczepkowska zszokowała wszystkich swą wypowiedzią o homoseksualistach w polskim teatrze. Czy pamiętacie Państwo? Bo pamiętać warto, gdyż nikt po pani Szczepkowskiej nie odważył się już na taki „coming-out”, a zmowa milczenia trwa w najlepsze. Aktorka mówiła wtedy:

Nie może być tak, że środowiska gejowskie cały czas nam mówią, że zdajemy egzamin z tolerancji, w związku z czym nie możemy tych środowisk krytykować (…) Otóż spryciarze z gejowskich środowisk znakomicie żonglują dziś słowem „tolerancja”. I to jest nowość w ich wielowiekowej obecności w sztuce. (…) W imię pracy nad świadomością społeczną są w stanie każdy głos krytyczny nazwać homofobią.

I w finale swej wypowiedzi dodała bardzo konkretnie:

Nie trzeba sprawdzać nikogo pod względem preferencji seksualnych, żeby ten dyktat widzieć. Na zebraniu w Teatrze Dramatycznym wybitny homoseksualny reżyser powiedział do mnie – „Będziesz coraz bardziej martwa i coraz bardziej niepotrzebna" .

Z życia wzięte

Prowadziłem kiedyś warsztaty teatralne u OO. Salezjanów w Krakowie. Wśród uczestników była bardzo zdolna dziewczyna, ale dziwnie smutna, milcząca. Któregoś razu, w trakcie zajęć ta dziewczyna się rozpłakała i wybiegła z sali. Po zajęciach postanowiłem z nią porozmawiać. Okazało się, że jest z małej miejscowości gdzieś za Kielcami. Zdawała do Szkoły Teatralnej, ale się nie dostała. Chcąc zrealizować swoje marzenie postanowiła pozostać w Krakowie. Podpowiedziano jej, że powinna zapisać się do prywatnego studia aktorskiego, a za rok zdawać ponownie. Z tymi studiami (oczywiście płatnymi) jest podobnie jak z prywatnymi praktykami lekarskimi prowadzonymi przez lekarzy zatrudnionych w publicznych szpitalach, gdzie rekrutują swoich pacjentów. Wykładowcy szkół teatralnych udzielają się „po godzinach” w takich aktorskich szkółkach, a ich podopieczni – mówiąc prosto – nie są już obcymi ludźmi, kiedy znów pojawią się na egzaminie.

Dotąd mamy opowieść o usankcjonowanej „prawem kaduka” korupcji. Ale zapłakana dziewczyna miała jeszcze inną opowieść – o demoralizacji.  Otóż jeden z „wykładowców” studium, na które się zapisała, skądinąd znany w środowisku reżyser, podczas zajęć dotyczących kontaktu scenicznego, zaproponował paniom etiudę z obleśnym tytułem wskazującym na konieczność sięgnięcia w niej do sfery seksualnej i praktykowania niemoralnego zachowania. Nasza smutna adeptka odmówiła. Została wyrzucona z zajęć z instrukcją, że jeżeli chce wrócić, to tylko wtedy, gdy przestanie „stroić fochy”. Kolejne zajęcia miały być następnego dnia. Nie wiedziała, co zrobić. Moje sugestie, by po prostu wróciła do rodzinnego domu i znalazła inną drogę do teatru, chyba do niej nie docierały. Nie wiem, co w końcu zrobiła.

Tomasz A. Żak (www.pch24.pl)