Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Kazimierz Karwat (1945 – 2014)

Dokładnie dzisiaj, 29 maja 2019, mija okrągła, piąta rocznica odejścia na niebieski plener Kazimierza Karwata – jednego z luminarzy tarnowskiej kultury, znanego szeroko poza rodzinnym Tuchowem rzeźbiarza i poety, animatora kultury i po prostu dobrego człowieka. Jego pogrzeb w poniedziałek 2-go czerwca poprzedzony mszą św. w kościele p. w. św. Jakuba w Tuchowie (koło Rynku), zgromadził niespotykane w podobnych okolicznościach tłumy. Karwat to w naszej małej ojczyźnie znaczące nazwisko, choć nie wiele osób wie, że ojcowizna dla noszących to nazwisko leży „pod klasztorem”, a konkretnie pod słynnym tuchowskim sanktuarium i klasztorem ojców Redemptorystów. Tutaj właśnie jest siedziba tego wyjątkowego rodu. Codzienność punktują wydzwaniane z kościelnej wieży godziny. Co chwila zagląda któreś  z dzieci, bądź wnucząt. Za oknem pobekują  kozy. Zycie toczy się i płynie powoli, czasem wzbierając, jak pobliska rzeka Biała. Rodzina Karwatów to swoisty fenomen. Takiego nagromadzenia talentów i skondensowania ich w jednym domu, ze świecą szukać w całym kraju. Ojcem założycielem tuchowskiej linii rodu Karwatów był zmarły w maju 2014 r. Kazimierz,  o którego artystycznych dokonaniach pisaliśmy obszernie wielokrotnie na łamach tkk.  Obszerny materiał na jego temat znaleźć można m.in. w specjalnym numerze „Intuicji przydrożnych” wydawanych przez Teatr Nie Teraz, z którym był zaprzyjaźniony przez wiele lat. Teraz głową rodu jest niezwykle ciepła i skromna, bez reszty oddana rodzinie żona Kazimierza – Zofia Geszejter, także mająca na swoim koncie próby malarskie i rękodzielnicze – pisanki zdobione technika batiku. Już same imiona Ich utalentowanych, dorosłych dzieci, uprawiających różnego rodzaju sztukę – Miłosława /rękodzieło/, Światosław /rzeźbiarz sztukopodobny, dyr. tarnowskiego oddziału ZPAP/,  Miłosz /ebenista – meble, antyki/, Lubosz /tworzy mozaiki/ oraz wnuków  Ronja /jeszcze nastolatka, a już wygrała ogólnopolski konkurs literacki/ i Robert /rysownik/– najlepiej oddają artystycznego ducha tej familii.

To tu, nad  Biała wszystko się zaczęło, a dokładnie tam, gdzie rosła kiedyś, za dziecięcych lat Kazimierza, stara wierzba. Kazik przychodził tu pasać krowy, a w międzyczasie, bawiąc się z kolegami, coś strugał kozikiem, który każdy szanujący się chłopak musiał wówczas mieć przy sobie. Upłynęło trochę czasu, zanim dowiedział się, ze „wyczarowywane” dziecięcą ręka z wierzbowego drzewa piszczałki i laseczki całkiem zgrabnie mu „wychodzą”.

Bohater tej opowieści urodził się z dala od rodzinnego domu, w ostatnim roku drugiej wojny światowej – w Bilczy pod Kielcami, kiedy przez polska ziemie przetaczały się walczące ze sobą wojska dwóch okupantów – niemieckiego i sowieckiego. Przetaczały się dosłownie, bo Kazimierz przyszedł na świat w piwnicy, nad która zatrzymał się właśnie czołg Armii Czerwonej. Kielecczyzna powróci jeszcze do życiorysu Kazimierza Karwata i to w bardzo istotnym kontekście.

Wróćmy jednak do artystycznych talentów Kazimierza. Jak sam twierdził, odziedziczył je po ojcu Alfredzie. – Ojciec był taka złota raczka. Artysta ludowy, grał na akordeonie klawiszowym, guzikowym, na grzebieniu, na listku, grał na weselach, zabawach, potańcówkach.
Ręce mojego ojca/Są twarde/Jak lemiesz jego pługa./Czoło zorane/Równo i dokładnie/Jak jego zagony/-Od żyły do żyły/-Do miedzy./A miedza.../Nie kalecz jej/Motyką czy pługiem/-Pamiętaj:/To żywa żyła Mojego ojca.

A Kaziu od wierzbowych fujarek szybko przeszedł do innych „wyrobów”, już z drzewa lipowego. Najpierw robił na własny i kolegów użytek różne gwizdki, laski, trąbki, fujarki. Dodatkowo ozdabiał te wyroby wycinanymi wzorkami. Potem, gdy stał sie członkiem jednej z tuchowskich grup kolędniczych, to sam zaprojektował i wykonał szopkę z ruchomy- mi elementami. Jak wspomina, w tym kolędowaniu „nie było lipy”. Do jasełek trzeba było przygotować się wiele wcześniej, trzeba było pięknie śpiewać pastorałki, gdyż „niechlujnych” kolędników nikt do domu by nie wpuścił. To wówczas pojawiły sie w jego życiu pierwsze zarobki z jasełek, a wkrótce tez ze sprzedawanych na odpustach, wykonanych przez siebie figurek lwów. Te pierwsze pieniądze przeznaczył na zakup farb plakatowych, wówczas był to szczyt marzeń. Ale dzięki temu lwy były przepiękne.

     

Dzięki inspiracji nauczyciela z podstawówki, trafił do tarnowskiego „plastyka”. –Wystarczyła jedna wizyta, abym „zachorował” na bycie tam. To było moje miejsce – opowiada. Z trzech lat nauki wspomina nauczycieli plastyków, znane w tarnowskiej kulturze nazwiska: Jadwigę Gajek-Sanowską, Wiesława Rohrenschefa, Józefa Szuszkiewicza, Stanisława Wałęgę, Julo Grabowskiego, Gizberta Studnickiego, Anatola Drwala, a także polonistkę Barbarę Wiatr. – Konsekwentnie nazywała nas aniołkami, chociaż bardziej pasowałoby powiedzieć diabełki. Ale ona na aniołki nas przerobiła. W lekcje wkładała serce. Nauczyła myśleć samodzielnie; można było dyskutować, mieć własne zdanie, a nawet nie zgodzić sie z panią profesor – opowiada.

Po wielu latach, kiedy odwiedził swoją szkołę, jeden z jej pedagogów, znany rzeźbiarz Anatol Drwal pokazał mu jego zachowaną w archiwum prace dyplomową, przygotowywaną na koniec trzeciego roku nauki. Przypomniał, jak to chłopcy z sąsiadującego ze szkoła przez ścianę internatu, przechodzili malutkim okienkiem do pracowni rzeźbiarskiej, gdzie po kryjomu, nocami, wyrabiali główki Nefretete, które później sprzedawali na pobliskiej Kapłonówce. Profesor wtedy udawał, ze nie widzi ubywającego w nie wyjaśnionych okolicznościach gipsu, a po cichu cieszył się, że uczniowie nawet noce spędzają na twórczej pracy. Taki to był człowiek.

I tutaj wracamy do Kielc, gdzie Kazimierz spędził dwa lata nauki w tamtejszej szkole plastycznej, specjalizującej się w meblarstwie. Ta poniekąd nieplanowana zmiana szkoły rozwinęła bardzo młodego ucznia, stykając go z innymi profesorami, nowymi metodami pracy, zapoznając z nurtem folklorystycznym. No i w tej szkole poznał swą przyszłą żonę i przyszłą matkę pięciorga wspaniałych dzieci. Uczucie było gorące i w efekcie dwoje osiemnastolatków pobrało się. Wkrótce na świat przyszedł pierwszy syn – Swiętosław. Młodzi rodzice zrezygnowali z planowanych wspólnie studiów i tylko Kazimierz ukończył w Krakowie studium nauczycielskie w zakresie przedmiotów plastycznych. I tak Kazimierz stał się nauczycielem, co dawało szanse na prace i mieszkanie, które dostali w Brzesku-Okocimiu, gdzie młody nauczyciel plastyki (zresztą wraz z zona), zaangażował się w rozmaite artystyczne inicjatywy, od stworzonego przez siebie zespołu ludowego Okocanie, po kabaret Zbereznik. Pisał teksty, piosenki, muzykę, był aktorem, konferansjerem, wszystkim…

Podczas nauki w Krakowie także malował, prezentując po raz pierwszy swoje prace na wystawie zorganizowanej wspólnie z kolegami. Pociągało go również pisanie, poezja. Jak sam mówi, „pierwsze wiersze pisał dla Zosi”. I właśnie w Okocimiu „dojrzał” do poezji naprawdę, choć na wydanie pierwszego tomiku wierszy przyszło poczekać jeszcze sporo lat.

W międzyczasie, po piętnastu latach pracy w Okocimiu, rodzina Karwatów wróciła do Tuchowa, gdzie przez kolejnych piętnaście lat Kazimierz uczył plastyki w tutejszej szkole podstawowej. Wraz z żoną angażowali się w działalność środowiska poetów tarnowskich lat 70., 80. i później. Ważnymi w tych inicjatywach byli m.in. Józef Komarewicz i Anna Szymańczuk. Także spotkania z Andrzejem Grabowskim i jego grupa Rydwan oraz udział w inicjatywach takich jak Tarnowska Piwnica, Wieczory Literackie, spotkania w ramach Młodzieżowej Agencji Kultury, Korespondencyjnego Klubu Młodych Pisarzy. Pierwszy tom poezji Kazimierza Karwata pt. „I ziarno wyłuskać” wydał Wojewódzki Ośrodek Kultury w Tarnowie w roku 1986. Drugi, doskonały tom – „Na bal – Na targ – Na amen” ukazał sie sześć lat później.

Od lat 80., obok nauczania w szkole i pasji poetyckich pan Kazimierz malował oraz zajął się też pracami konserwacyjnymi i renowacyjnymi, m.in. sztukując utracone nosy czy kończyny świętych i aniołów z kapliczek i kościołów. Zleceń nie brakowało i nie brakuje. Swoje bogate doświadczenie (m.in. doskonała renowacja ołtarza w kościele w Porębie Radlnej)  przekazał swoim dzieciom, z których każde związane jest ze sztuką, bądź z rzemiosłem artystycznym.

Kiedy pan Kazimierz stał się emerytem, wróciło do niego rzeźbienie – we własnej pracowni i na wielu plenerach w Polsce. Pytany o ulubiony materiał mówił – Każdy ma smaczki, które się wydobywa. Wtedy mam uczucie, ze mnie łaskocze w palcach. A czasem, jak coś wyjdzie poza pomysłem i jest dodatkowy fajny efekt, to jest radość z udanej pracy.

Dzięki niemu, w Tuchowie w sierpniu odbywały się Międzynarodowe Plenery Rzeźbiarskie. Efektem plenerów są rzeźby o tematyce historycznej, które pozostają w krajobrazie miasteczka. W pracowni mistrzowi Kazimierzowi towarzyszył prawie trzymetrowej wysokości Kazimierz Wielki, który wraz z figurą opata tynieckiego Bogusława (autorstwa B. Sukiennika) później stanął w Tuchowie aby przypominać  akt nadania praw miejskich.
 Jednym z jego marzeń było aby w miejsce istniejącego za jego czasów w Tuchowie pomnika ofiar wojny, stworzyć dzieło niesamowite. – Byłaby to postać kobiety w płaszczu, jakby Pieta, w znaczeniu ogólnym Matka Ziemia, przygarniająca poległych, którzy już w duchowej postaci wzlatują ze Zmartwychwstałym Chrystusem – mówi.

Jak sam przyznaje, poważny wypadek w własnej pracowni, w efekcie którego stracił oko, wyznaczył w jego życiu granice. Odtąd tematyka jego różnorodnej twórczości istotnie dotyka spraw wiecznych.– Ciągle podglądam i analizuje naturę. Od razu widzę wszystko jako rzeźbę lub obraz. Na przykład analizuje twarze ludzi. Niekiedy jest to meczące, bo musi znaleźć jakiś upust. Wtedy powstaje wiersz, rzeźba czy obraz. Nigdy nie wiadomo, kiedy to przyjdzie, kiedy pójdzie.

Korzystałem z tekstów Agaty Żak  (Gazeta Krakowska) i Józefa Komarewicza ( (Wiadomości24.pl)
Ryszard Zaprzałka