Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Jeszcze jedna rocznica...

Stan śledztwa smoleńskiego najlepiej świadczy o stanie państwa.

Czy i kiedy poznamy ostateczną wersję wydarzeń z 10 kwietnia 2010 roku?

Mija dokładnie 11 lat od katastrofy samolotu TU-154 pod Smoleńskiem. Zginęło w niej 96 osób, w tym prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Lech Kaczyński z małżonką Marią Kaczyńską. Delegacja leciała na uroczystości 70. rocznicy zbrodni katyńskiej. Do tragedii doszło 10 kwietnia 2010 roku o godzinie 8.41 czasu środkowoeuropejskiego letniego w pobliżu lotniska Siewiernyj.Na pokładzie maszyny byli między innymi wicemarszałkowie Sejmu i Senatu, parlamentarzyści, dowódcy głównych sił zbrojnych, osoby sprawujące wysokie funkcje w państwie, duchowni, przedstawiciele Rodzin Katyńskich oraz załoga samolotu i funkcjonariusze BOR. Był wśród nich były wojewoda tarnowski i poseł na Sejm RP – Wiesław Woda. Poniżej przypominamy fragmenty poruszającej, obszernej rozmowy przeprowadzonej tuż po katastrofie przez redaktor Teresę Torańską z ówczesnym posłem  na Sejm RP a obecnie eurodeputowanym PiS Joachimem Brudzińskim.

 

Ogrillowali nas

Na lotnisku w Smoleńsku podszedł do mnie chłopak z Kancelarii Prezydenta, który miał zabezpieczać wizytę Lecha Kaczyńskiego w Katyniu. "O Jezu - zaczął - dobrze, że przyjechaliście. Baliśmy się, że oni nas tutaj zabiją" - rozmowa redaktor Teresy Torańskiej z posłem PiS Joachimem Brudzińskim o katastrofie smoleńskiej. - Raptem Wojtek Olejniczak zaczął płakać. Zobaczyłem w telewizji. Zakrył twarz rękami i płakał. To było zupełnie nieprawdopodobne! Surrealistyczne! Przerażające! Odruchowo zacząłem dzwonić do kolegów ze ścisłego kierownictwa partii. Nie wiedziałem, kto z nich pojechał pociągiem, a kto poleciał. Do Aleksandry Natalli-Świat, Grażyny Gęsickiej, Adama Lipińskiego, Przemka Gosiewskiego... Nikt nie odbierał telefonu. Dosłownie nikt! Wpadłem w panikę, że nikogo już nie ma. Że wszyscy zginęli.

Pan był w Sejmie?

- W hotelu sejmowym, w pokoju pracy posłów. Przyszedłem po ósmej. Chciałem spokojnie obejrzeć transmisję z uroczystości w Katyniu i... Ja, proszę pani, przygotowywałem wtedy uroczyste otwarcie kampanii prezydenckiej Lecha Kaczyńskiego. 22 kwietnia w Łodzi, w sali Arena. Pierwszym, do którego się dodzwoniłem, był Marek Kuchciński. Jechał samochodem do Przemyśla. Nie wiedział. Zawrócił do Warszawy. Zadzwoniłem do prezesa. Telefon odebrał jego asystent Jacek Rudziński. Prezes już wie, Sikorski do niego dzwonił, jadą za chwilę do mamy do szpitala. Zbiegłem na dół. Na dole jest kaplica sejmowa. Zbiegłem do kaplicy.

Więcej...

- Nie, pomodlić się. Rozpłakałem się później. Wróciłem do pokoju. W telewizji padały już pierwsze nazwiska. Że zginął Przemek, Ola, Grażyna Gęsicka, Krzysztof Putra. Z Krzyśkiem - byłem święcie przekonany - to dziennikarskie przekłamanie. Jest przecież, jak zwykle w sobotę, w "Salonie politycznym Trójki".
Zadzwonił Adam Lipiński. Znalazł w swojej skrzynce pocztowej kilkanaście moich telefonów i pytał, co się stało. Telefon Adama zabrzmiał mi jak głos zza grobu. Kompletnie się rozsypałem. To już było koło godziny 10. Pobiegłem do naszego biura prasowego w Sejmie. Sekretarka, młoda dziewczyna, bardzo płakała.
Przyszedł Paweł Kowal. W telewizji powiedzieli prawdę. Krzysiek poleciał z prezydentem, a Paweł zastąpił go u pani redaktor Michniewicz. Zapytał, co z prezesem. Jarosław też miał lecieć i został ze względu na mamę. Swoje miejsce oddał Wassermannowi. Takich zamian było więcej. A Przemek Gosiewski miejsce dla siebie wymusił swoją niespożytą energią na urzędnikach kancelarii w ostatniej chwili.
Paweł rozkleił się nagle. Nie mógł dodzwonić się do Janka Ołdakowskiego i był przekonany, że Janek też poleciał. Martwił się o swoją żonę. Była w ciąży, jak to zniesie. W samolocie  znajdowało się wiele zaprzyjaźnionych z nimi osób.
Postanowiliśmy wszyscy jechać na Nowogrodzką.

Do siedziby Prawa i Sprawiedliwości.

- Na Nowogrodzkiej za chwilę pojawili się Marcin Mastalerek i Mariusz Chłopik, przyszedł Karol Karski, Adam Lipiński, Tomek Dudziński i Wojtek Jasiński, przyjaciel Jarosława i prezydenta jeszcze z czasów studenckich.
Mieliśmy włączone telewizory, nastawione na kilka różnych stacji. Był we mnie jeszcze cień nadziei, że może ktoś przeżył. Wszyscy ją chyba mieli. W każdej pokazywano jednak wciąż te same przebitki rozbitego wraku.
Odkryłem, że wcale nie jestem silnym facetem. Człowiek na potrzeby bardzo zmedializowanej polityki przyjmuje dość atrakcyjną pozę twardziela, który wchodzi w zwarcia, jest wyszczekany, pyskaty, czasem arogancki, nawet chamski, niestety, i nagle w obliczu tragedii pęka jak bańka mydlana. Zobaczyłem w sobie emocjonalną słabość.
Znowu skontaktowałem się z asystentem prezesa. Usłyszałem, że Jarosław chciałby polecieć do Smoleńska. Dałem dyspozycje Marcinowi i Mariuszowi, żeby posprawdzali loty rejsowe do Mińska i do Moskwy oraz zorientowali się, jakie są możliwości wynajęcia taksówki powietrznej.
Marcin i Mariusz to harcerze, bardzo sprawni chłopcy. Marcin to ten, który założył stowarzyszenie Przywrócić Studentom Ulgi Studenckie, a Mariusz pracuje w naszym biurze organizacyjnym na Nowogrodzkiej.

Przyjechał Jarosław z kierowcą. Prosto ze szpitala, od mamy. Nic nie mówił.

Wszedł Adam Bielan. Ma opinię cynicznego spin doktora, zimnego, wyrachowanego, który wszystko potrafi. Nagle - nie chcę go urazić - zobaczyłem przerażonego dzieciaka. Wszedł do pokoju, zobaczył Jarosława, próbował coś powiedzieć, odwrócił się na pięcie, wyszedł do pomieszczenia obok i rozpłakał się.
Moi chłopcy, Marcin i Mariusz, ustalili, że jest możliwość wynajęcia taksówki powietrznej. Dostali potwierdzenie, że samolot może być technicznie gotowy do wylotu około godziny 13. Trzeba było załatwić formalności. Pozwolenia na przeloty, zgody na lądowanie. Pojawił się pomysł lądowania w Witebsku na Białorusi. Logistycznie wydawał się najlepszy. Więc nowy temat, jak z Witebska na Białorusi dostać się do Smoleńska do Rosji.
Firma wynajmująca samolot potrzebowała pomocy dyplomatycznej. Nieoceniony okazał się Paweł Kowal. Przez swoje prywatne kontakty rozpoczął ofensywę dyplomatyczną, nawiązał kontakt z naszą ambasadą w Mińsku i w Moskwie.

A pan?

Dla mnie, proszę pani, błogosławieństwem było, że pojawił się pomysł z wyjazdem. Miałem zadanie do wykonania. Nie rozmawiałem z Jarosławem. Tylko wpadałem i raportowałem. Tak, Jarku, wynajęliśmy samolot. Tak, Jarku, Paweł załatwia wizy rosyjskie i białoruskie.

Jarosław jako jedyny z nas nie rozsypał się emocjonalnie. Zobaczyłem w nim bardzo silnego człowieka, który analizuje sytuację, ocenia, planuje. Tragedia osobista nie odebrała mu umiejętności analitycznego rozumienia tej tragedii.
Powiem coś pani, ale proszę, bardzo panią proszę, nie traktować tego w kategoriach podlizywania się szefowi przez podwładnego. Pomyślałem, że dobrze mieć takiego silnego przywódcę. On nas swoim opanowaniem i spokojem budował. I to, żeśmy sprawnie funkcjonowali, wynikało z charyzmy Jarosława.
Około trzynastej byliśmy gotowi do wylotu. Otrzymaliśmy zgodę na lądowanie w Witebsku, zabezpieczony został autokar na przejazd z Witebska do Smoleńska, dopięliśmy listy wylatujących i wysłaliśmy je faksem lub e-mailem do Mińska i Moskwy via Kancelaria Prezydenta. Bardzo sprawnie zadziałał z jednej strony Paweł Kowal we współpracy z Maćkiem Łopińskim z Kancelarii Prezydenta, a z drugiej strony pomogły nasze służby konsularne w Mińsku i w Moskwie. Bez ich wsparcia i życzliwości nasza podróż na pewno by się nie udała.

Koledzy pojechali do domu się przebrać. Ja przebrałem się na Nowogrodzkiej. Wysłałem Marcina do żony i przywiózł mi garnitur, koszulę, buty. Jarek chyba też nie jeździł do domu. On ma zawsze kilka ubrań w biurze.
Poszedłem ze Staszkiem Kostrzewskim do kantoru. Kupiliśmy dwa tysiące dolarów, żeby mieć na wszelki wypadek. Zapakowaliśmy butelkę koniaku. Moi chłopcy, zaprawieni w akcjach harcerskich, zabezpieczyli kanapki i picie.
Około czternastej usłyszałem, chyba od Kowala, że jest telefon z kancelarii premiera. Mają wyczarterowany samolot, też lecą do Witebska i proponują, by Jarosław poleciał razem z premierem Tuskiem. O której godzinie, nie wiedzą, trwa jeszcze posiedzenie rządu. Propozycja była skierowana wyłącznie do Jarosława i jego asystenta. Jarosław zdecydował, że z nimi nie poleci. Że jak pojedziemy oddzielnie, będziemy szybciej. Jemu zależało, by jak najszybciej być u brata. A potem szybko wrócić do mamy, do szpitala. Dla niego czynnikiem bardzo mobilizującym i dającym mu siłę było poczucie odpowiedzialności za mamę.
Pojechaliśmy na lotnisko. Na lotnisku była Małgosia, pierwsza żona Przemka Gosiewskiego, i ich syn Eryk.

To ile osób poleciało?

- Piętnaście. Piętnasty był kapłan. Wzięliśmy księdza ze sobą, Boże.

Kwiaty, wieńce?

- Nie, nie mieliśmy ani kwiatów, ani wieńców.

Lot trwał około półtorej godziny. Lecieliśmy w ciszy. Zamieniliśmy z sobą może ze dwa-trzy zdania. Wylądowaliśmy w Witebsku. Wziąłem namiary na pilota. Kombinowałem już, co by tu zrobić, żebyśmy nie musieli wracać na kołach do Witebska. Pilot obiecał, że swoimi kanałami przez firmę spróbuje załatwić pozwolenie na przelot do Smoleńska. A ja wydzwoniłem Maćka Łopińskiego, żeby ze strony rosyjskiej uzyskał zgodę na lądowanie.

Lotnisko było zamknięte.

- Co to znaczy - zamknięte. Putin na nim przecież potem wylądował, prawda? Potem widzieliśmy jego samolot w Smoleńsku.
Autokar czekał na nas na płycie lotniska. Białoruska straż graniczna, służby celne i policja zachowały się nad wyraz przyzwoicie. Byłbym skrajnie nieuczciwy, gdybym formułował pod ich adresem jakiekolwiek zarzuty czy negatywne oceny. Ze strony Białorusinów wyczuwało się autentyczną, szczerą empatię i współczucie. Ale w sensie technicznego wyposażenia - muszę pani powiedzieć - oni i my to dwa światy. Zatrzymaliśmy się na chwilę w budynku lotniska. Zaproszono nas do pokoiku. Dla VIP-ów .

Były kanapki, napoje.

- Nie jedliśmy. Skorzystaliśmy tylko z toalety. Do naszego autokaru wsiadła pani konsul z Moskwy.

Longina Putka. Czekała na was.

- Nasze służby konsularne z Mińska też czekały. Chwilę z nimi rozmawialiśmy.

Oraz był gubernator Witebska i policja białoruska z kogutami.

- Tak, tak, załatwiony był pilotaż i organizacyjnie, muszę przyznać, było to dobrze przygotowane

A kto płacił?

- Za samolot my. A za autokar chyba Białorusini, dokładnie nie wiem.

Z Witebska do Smoleńska jest 180 kilometrów. Przez Białoruś jechaliśmy w miarę sprawnie. Na trasie stały policyjne patrole, które nas przepuszczały. Policja białoruska od czasu do czasu włączała koguty. Na granicy białorusko-rosyjskiej przejęła nas policja rosyjska. I od razu, w sposób ewidentny, poczuliśmy, że coś niedobrego się dzieje. Nagle zaczęliśmy jechać bardzo wolno. Ktoś zapytał kierowcę, czy nie można szybciej. Powiedział: nielzia. Jechaliśmy 30 km na godzinę. Zaczęło się ściemniać.

Puste drogi, paskudne. W autokarze przygotowywaliśmy nekrologi. Zależało nam, żeby poszły od Jarosława. Przedstawiliśmy mu parę wersji. Jarosław się zastanawiał, analizował, prosił, by je odczytywać jeszcze raz. On cały czas był bardzo intelektualnie zmobilizowany. Połączyłem go ze swojej komórki z Magdą z naszego biura na Nowogrodzkiej. I wie pani, co też było dla mnie niezwykłe, myślał strategicznie. Stałem nad nim, a on Magdzie dyktował całkiem nowe, swoje teksty. Biedna dziewczyna, strasznie to przeżywała. Te jego nekrologi były bardzo osobiste i ciepłe. Składał je razem z mamą i z Martą.

Byli z sobą w kontakcie?

- Tak, tak, cały czas.
Siadła mi komórka. Tego się bałem. Wszyscy się baliśmy, że jak padną, będzie tragedia, zostaniemy odcięci od świata. Pozabierałem baterie od moich chłopaków, włożyłem do swojej, zostali bez komórek.
Minęła nas kolumna z panem premierem Tuskiem. Było już ciemno.

Widzieliście ich?

- Trudno było nie widzieć. Jechali "na bombach", z pilotażem policji. To robiło wrażenie. A my staliś-my na poboczu, odstawieni. Przemknęli obok nas kolumną czterech-pięciu samochodów osobowych, zauważyłem też vana i obsługę BOR-u. To było przed Smoleńskiem. Wszystko dla nas stało się jasne.

Co jasne?

- Że dlatego jechaliśmy tak wolno, żeby Tusk był pierwszy.

To chyba normalne, że urzędujący premier dla służb porządkowych zawsze jest ważniejszy niż były.

- Nie, nie, proszę pani. Służby bez wiedzy Tuska tak by się nie zachowały. To była decyzja Tuska.

Myśli pan, że z nimi uzgadniał?

- Nie wiem. Ale musiał wiedzieć. Jestem absolutnie przekonany - a mówię to szczerze, patrząc pani prosto w oczy - że były to świadome i celowe działania podjęte po to, żebyśmy w Smoleńsku byli później.

Ale po co?

- Tuskowi chodziło tylko i wyłącznie o wizerunek.

O co?!

- To proste. Pan premier po prostu uważa, że zawsze musi być pierwszy, bo to dobrze wpływa na sondaże. Taką jego wizerunkową akcję na własnej skórze przeżyłem w Kamieniu Pomorskim w czasie pożaru domu pomocy społecznej. To był drugi dzień świąt Wielkiej Nocy. Premier z Gdańska przyleciał jakiem przed prezydentem, obiecał sypnąć kasą na odbudowę domu i odleciał. A prezydent jechał z Juraty samochodem. Pomagałem w porozumieniu z Olkiem Szczygło i Maćkiem Łopińskim logistycznie przygotować tam jego wizytę, gdzie ma podjechać, gdzie będzie stała policja, gdzie burmistrz miasta. Prezydent był bardzo wzburzony, ja też. Rzucił nawet zdanie, że chciałby wyjaśnić, dlaczego jako prezydent Rzeczypospolitej dowiaduje się o tym wydarzeniu dopiero wtedy, kiedy premier jest już w drodze do Kamienia Pomorskiego.

Po tym doświadczeniu nie mam żadnych wątpliwości, że także w Smoleńsku doradcy wizerunkowi pana premiera uznali, że jego wizerunek ucierpi, jeśli pierwszy na lotnisku pojawi się Jarosław Kaczyński. Innego wytłumaczenia nie znajduję. Bo bylibyśmy pierwsi, nie ma dwóch zdań. Około godziny przed nimi.
Przy szosie zobaczyłem nagle tabliczkę "Katyń", napisany cyrylicą. Przejeżdżaliśmy przez Katyń. Za oknem widziałem krajobraz rodem z horrorów. Jechaliśmy drogą położoną na groblach, z bagniskami po bokach.

Też nią jechałam.

- Makabryczny widok, prawda?

Nie, baśniowy.

- Myślałem o naszych oficerach, do których na tych bagniskach strzelano w tył głowy. Dalej o nich myślę.
Dojechaliśmy do Smoleńska. Lotnisko znajduje się w obrębie miasta. A nas, zamiast skierować prosto na lotnisko, wozili po Smoleńsku. Zwiedzaliśmy więc Smoleńsk i zza szyb autokaru oglądaliśmy piękną skądinąd cerkiew na wzgórzu.

Ona jest chyba przy tej drodze.

- Nie, nie, proszę pani, trochę dalej, sprawdziłem na mapie. Potem było rondo i na tym rondzie rosyjska policja, która autokar pilotowała, najpierw skierowała nas w złą stronę, a potem zatrzymała i nasz kierowca - przyzwoity i lekko zdezorientowany Białorusin - musiał zawracać autokarem na drodze, która była węższa od autokaru. Chłopina cztery razy go łamał, żeby na tej drodze zawrócić. Liczyłem: cztery razy do przodu, cztery do tyłu. Wreszcie podjechaliśmy do bramy lotniska. I wie pani, co z nami wtedy zrobili? Odbili od bramy. Strażnicy nie wpuścili nas na lotnisko. Nielzia, nielzia. I trzymali pod bramą.

Proszę pani, nie przemawia przeze mnie frustracja, nienawiść, oszołomstwo polityczne czy fanatyzm. Jestem przekonany, i wszyscy w autokarze byli przekonani, że nie wpuszczono nas dlatego, że odbywały się w tym czasie ładnie wyglądające w telewizji gesty ściskania się pana premiera Putina z panem premierem Tuskiem. I gdybyśmy wjechali, ten teatr nie wyszedłby tak zgrabnie, jak wyszedł.

To nie był teatr.

- Nie? To po co stały kamery? Kto je ustawił?

Bo taką mamy teraz cywilizację. Obrazkową.

- Ale Jarosław Kaczyński nawet przez chwilę nie pomyślał o kamerach. Nikt z nas o nich nie myślał. Jarosław Kaczyński nie jest plastikowym politykiem, który ustawia się do zdjęć i cieszy, gdy ładnie na nich wyjdzie. My jechaliśmy do naszego prezydenta i nikt z nas nie zamierzał narodowej tragedii rozgrywać w kategoriach wizerunkowych. A oni ją rozegrali. I dopiero kiedy ten teatr skończyli, brama się otworzyła. Pozwolono nam wjechać.
Wjechaliśmy. Rozświetlone reflektory, masa służb, samochodów. To było miasto w mieście. Betonowym pasem podjechaliśmy na plac. Wysiedliśmy.

I też weszliście w kamery.

- To jakiś surrealizm, proszę pani. Tu jest tragedia, a tu kamery. Wykręcałem się, żeby mnie nie sfilmowano, odwracałem twarz.

Pani konsul Putka zasłoniła sobą Kaczyńskiego.

- Może, nie widziałem, wychodziłem za nią. Nikt na nas nie czekał.

Ambasador Bahr.

- Tak, tak. Bardzo ciepły starszy pan. I sprawny urzędnik, jak zauważyłem. Przywitał się z premierem Kaczyńskim. Był przy nim cały czas.
Poprowadzono nas do miejsca tragedii. Lotnisko jest ogrodzone betonowymi płytami. Samolot rozbił się za ogrodzeniem, na bagnach. Wyjęto parę płyt z ogrodzenia, przywieziono kilka ciężarówek piachu i to bagno zasypano piaskiem, żeby zrobić przejście. Tam było błoto, szadź, wilgoć paskudna. I parująca ziemia od gorących reflektorów. I połamane drzewa.

A na drzewie - zobaczył Marcin Mastalerek - żakiet Grażyny Gęsickiej.

- Nie widziałem, nic nie widziałem. Podszedłem do samolotu  wywróconego kołami do góry i... ścięło mnie. Jak osika padłem na kolana. Staszek Kostrzewski i Adam Lipiński, którzy stali obok, opowiadali mi potem, że nagle pacnąłem na ziemię, i przerazili się, że zasłabłem. Modliłem się.
Jarosław też się modlił. Przy wraku leżał wieniec.

Podeszli do nas rosyjscy urzędnicy. Zapytali, czy pan premier zidentyfikuje ciało prezydenta.
Poszliśmy za nimi do ciał.
Zobaczyłem Pawła Grasia i ministra Arabskiego. Stali z boku. Nie podchodzili do nas, wymienili dwa-trzy zdania z Pawłem Kowalem.
Podszedł do mnie jeden z oficerów BOR-u, bardzo poruszony. Nie znam nazwiska. Ściszonym głosem powiedział: Panie pośle, jesteśmy tu od rana, pilnujemy ciała pana prezydenta, nie odstępujemy go na krok.

Bał się, że je porwą?

- Nie wiem, może. On nie powiedział, że były próby porwania, tylko że "pilnujemy". Żeby wszystko z nim było w porządku.

Były trzy ciała: prezydenta, pana prezydenta Kaczorowskiego i Krzysztofa Putry. Resztę, usłyszeliśmy, wywieziono do Moskwy, także ciało małżonki pana prezydenta.
Od razu poczułem, że coś jest nie tak. Nie tylko ja, my wszyscy. Coś nie w porządku. Zacząłem się przyglądać. Ciało prezydenta leżało na czarnej folii, a ta folia leżała w błocie.

Na noszach.

- Noszy nie widziałem, tylko folię na błocie. I robiło to wrażenie, jakby ciało prezydenta leżało de facto w błocie.

Wszędzie było błoto.

- Nie, proszę pani, dla naszego prezydenta można było w obrębie lotniska znaleźć godniejsze miejsce. 20-40 metrów dalej znajdował się zabetonowany teren lotniska, na którym stały ławy, stoły i namioty. A w jednym z nich siedział pan premier Putin. I wokół niego nie było chaosu, bałaganu i dziadostwa. Tam panował absolutny porządek, była łączność satelitarna, a służby porządkowe i administracyjne działały perfekcyjnie.
Nie chcę wystawiać opinii naznaczonej fobią antyrosyjską. Bo żadnej fobii we mnie nie ma. Ale widziałem to symbolicznie - majestat Rzeczypospolitej, wyrażający się w ciele prezydenta, leżał w błocie obok osławionej już ruskiej trumny, a od miejsca, gdzie urzędował Putin reprezentujący majestat Rosji - biła siła tego państwa.
Pan minister Kwiatkowski potem tłumaczył, że musiały być zachowane procedury prokuratorskie i że ciała nie można było ruszać, tylko zabezpieczyć. Jego stwierdzenia są absurdalne. Przecież ciało prezydenta nie leżało w miejscu odnalezienia. Oni je z jednego bagniska przenieśli w drugie bagnisko, tylko kilkadziesiąt metrów dalej. I zostawili w błocie! Choć kilkanaście metrów dalej był betonowy pas lotniska. Przeznaczony do startu samolotów. Tam ciało też nie było zabezpieczone. Bo obok przechodziły watahy zwykłych omonowców, żołnierzy, prokuratorów. To było przerażające! A pan premier Tusk na to nie zareagował.

Co miał zrobić?

- Proszę pani, w sprawnie funkcjonującym państwie i dobrze działającej administracji konsularnej można było o to zadbać. Ja rozumiem, że premier nie miał do tego głowy o godzinie 8.41, kiedy rozbił się samolot, ja opisuję sytuację w 12 godzin po katastrofie. Przez 12 godzin mógł on zrobić najprostszą rzecz. W żaden sposób nie stanowiło zagrożenia dla śledztwa rozpostarcie namiotu nad ciałem prezydenta czy położenia go na podwyższeniu.

To dlaczego wy tego nie zrobiliście?

- Proszę pani, my byliśmy małą grupką skupioną wokół Jarosława. Prywatnych ludzi, która się skrzyknęła. My z powodów proceduralnych nie byliśmy żadną oficjalną delegacją.
Ja zresztą nie stawiam zarzutu, że Tusk zrobił to celowo. Stawiam zarzut, że premier i podlegli mu urzędnicy nie stanęli na wysokości zadania. I tym obnażyli słabość polskiego państwa.
Jarosław poszedł zidentyfikować ciało prezydenta.

Przywieźliście ubranie?

- Nie. O tym, że ciała są porozrywane i często nagie, dowiedzieliśmy się dopiero na miejscu.
Zająłem się odganianiem dziennikarzy od Jarosława. Nie było ich wielu. Żeby dali mu spokój. Oni byli zdenerwowani i ja byłem zdenerwowany. Prosiłem ich, żeby uszanowali to miejsce i ten moment. Przyznaję, że w nie całkiem cenzuralnych słowach.

Jakich?

- Nie powiem. Jarosław dokonywał identyfikacji. Wokół niego i ciała prezydenta - i to też było dla mnie przerażające - kręcił się tłum urzędników. Nie zarzucam im złej woli czy celowego działania, ale ich stosunek do tego ciała i w ogóle do tragedii był... no, co mam pani mówić... to Azja.
Jarosław mi potem opowiadał, jak wyglądało to z bliska. Jakiś żołdak stał przy ciele prezydenta rozkraczony, z czapką zsuniętą na tył głowy i z rękami w kieszeniach. Jarosław zwrócił mu uwagę. Pytali też go, czy zgadza się na pobranie DNA. Oczywiście odmówił. Prezes w kontaktach z administracją Putina zachowywał się, to też kamyczek do mojej dumy z niego, jak mąż stanu.
Ale też zobaczyłem, co mnie bardzo ujęło, że lekarzowi medycyny sądowej, a może prokuratorowi, ręka się trzęsła, kiedy podawał Jarosławowi dokumenty identyfikacyjne do podpisu. Był naprawdę szczerze przejęty i, miałem wrażenie, wzruszony.


 Strona rosyjska chciała zabrać ciało do Moskwy. Mówili o sekcji zwłok, dodatkowej identyfikacji i odpowiednim pożegnaniu. Do Jarosława Kaczyńskiego padło pytanie, czy wyraża zgodę, by ciało prezydenta pojechało do Moskwy. Zdecydowanie odmówił. Chciał, żeby brat jak najszybciej wrócił do kraju. Nasi dyplomaci poszli do Rosjan to załatwiać.
Zadzwoniłem do kapitana naszego samolotu. Panie kapitanie - poprosiłem - czy ma pan możliwości i wyrazi zgodę, żeby zabrać ciało pana prezydenta do Polski? Odpowiedział: zabiorę, będzie to dla mnie zaszczytem. Nasz samolot w międzyczasie przemieścił się z Witebska do Smoleńska.

Wyleciał z Witebska bez wymaganej zgody na lądowanie, to pan wie?

- Tak?

Minister Klich i wiceminister Najder dowiedzieli się, że leci, kiedy samolot dolatywał do Smoleńska. I wyprosili u ministrów Iwanowa i Titowa, żeby pozwolono mu wylądować.

- Czyli było, jak myślałem. Na wysokości zadania po raz kolejny stanął Maciej Łopiński, nasi dyplomaci, pilot i firma, która wynajęła nam samolot.

Ale premier Tusk takich numerów nie robił.

- Oni wracali na kołach do Witebska wie pani dlaczego? Bo pilot samolotu wyczarterowanego przez kancelarię premiera nie wyraził zgody na przylot do Smoleńska. Bał się.

A wy nie?

- No wie pani, my przylecieliśmy nie jakąś cesną, tylko dużym samolotem turboodrzutowym SAAB.
I mieliśmy innego pilota. Nasz zdecydował się przylecieć po nas do Smoleńska.
Wróciliśmy do autokaru. Jarosław chciał rozmawiać z Macierewiczem. Antoni był w pociągu wracającym z Katynia do Polski. Padła mu prawdopodobnie komórka, bo Jarosław nie mógł się do niego dodzwonić. Zatelefonowałem do Pawła Szefernakera, mojego asystenta, który też był w pociągu, żeby go odnalazł i pożyczył mu swoją.
Przyszedł ambasador Bahr. Że Putin chce Jarosławowi złożyć kondolencje.

Razem z Tuskiem.

- Że Putin zaprasza go do swojego namiotu. I jest to jego prośba, sugestia, propozycja.
Proszę pani, to był drugi moment w tym dniu, kiedy poczułem dumę, iż liderem mojego obozu politycznego jest Jarosław Kaczyński. Jarosław Kaczyński odmówił. Nie wyobrażam sobie sytuacji, że Jarosław idzie do niego, a premier Putin siedzi w namiocie, rozparty. I mówi: no, Polaczki przyszli, podożditie do mnie teraz, a ja wam będę współczuł.

Dlaczego pan tak mówi? Dlaczego?

- Bo jak chciał złożyć kondolencje, to mógł stać pod bramą.

Jak stać?

- No to czekać razem z Tuskiem na placu, na który podjechaliśmy autokarem. Wtedy może uwierzyłbym, że nie było żadnego wyścigu, kto będzie pierwszy w Smoleńsku, i uwierzyłbym, że tylko z powodu rosyjskiego bałaganu albo przypadkowego zbiegu okoliczności wożono nas po Smoleńsku i opóźniano dojazd do bramy.
To byłaby piękna scena. Doskonale ją sobie wyobrażam. My wysiadamy, oni do nas podchodzą i obaj składają Jarosławowi kondolencje. To byłby z ich strony wspaniały gest i tak powinni postąpić. Nie wyobrażam sobie, żeby Jarosław Kaczyński tych kondolencji wtedy nie przyjął.

A ja potrafię.

- Przyjąłby, proszę pani. Bo we wtorek przyjął zarówno od pana premiera Tuska w polskim Sejmie i od pana prezydenta Miedwiediewa w bazylice mariackiej w Krakowie.

Ale nie od premiera Putina.

- Mam satysfakcję, iż od razu wyczułem, że Jarosław nie powinien iść do Putina. Intuicyjnie wyczułem. Bo my, proszę pani, zachowywaliśmy się jak ludzie, których dotknęła tragedia osobista i polityczna. Nam do głowy nie przyszło, że Rosjanie prowadzą jakąś grę.

 

Jaką?

- Powiedziano nam: jak chcecie zabrać ciało prezydenta, to proszę bardzo, zabierajcie. Ale ze względów proceduralnych dostaniecie je za dwie godziny. I żebyście nie siedzieli w autokarze na lotnisku, zapraszamy do hotelu. Przez ambasadora i Pawła Kowala to zostało przekazane.
Pojechaliśmy do hotelu. Kolejne wzruszające zachowanie zwykłych Rosjan. Panie recepcjonistki bardzo ciepło nas przywitały, wyraziły współczucie. W holu były wyłożone fotografie pana prezydenta, pani prezydentowej, stały kwiaty.
Dostaliśmy dwa pokoje i jeden duży apartament dla prezesa. Poszedłem do niego. Puściły mi emocje. Powiedziałem to, o czym nigdy publicznie bym nie powiedział.

Cały czas czekaliśmy na wydanie ciała pana prezydenta. Nie wiem, proszę pani, co oni z nim w tym czasie robili.

Przeprowadzali sekcję zwłok.

- Wtedy też miałem niesamowite doświadczenie. Jedna z pań redaktor z TVN 24 przysłała mi bardzo wzruszający SMS, to wszedłem na żywo i krótko coś powiedziałem. I zadzwonił redaktor z "Gazety Wyborczej" z ciepłymi słowami. Chcę im za pani pośrednictwem za te piękne świadectwa poczucia wspólnoty, niesamowicie nam wówczas potrzebne, z całego serca podziękować.
A dalej było tak. Po półtorej-dwóch godzinach przyszła wiadomość, że nie ma zgody Putina, byśmy w nocy zabrali ciało do Warszawy. Jeżeli chcecie zostać, proszę bardzo, macie do dyspozycji hotel, a rano zorganizujemy uroczystości, to polecicie. Przekazał ją ambasador Bahr. A potem Putin powiedział Kowalowi, który do niego pojechał, że zna sytuację pana premiera związaną z chorobą jego mamy, wie, że chce wracać, ale niestety ma związane ręce i bez pożegnalnych uroczystości nie może wydać zgody na zabranie ciała prezydenta. Ale gdyby pan premier się zdecydował przenocować, to zaprasza.
To była, proszę pani, odpowiedź Putina - bo zemsta jest zbyt mocnym słowem - na to, że Jarosław Kaczyński nie pofatygował się do niego do namiotu, żeby ten łaskawie złożył mu swoje wyrazy współczucia. Jestem przekonany, że Putin w ten sposób "odwdzięczył" się za to, że został tak potraktowany przez Jarosława Kaczyńskiego.
I wtedy wszystko ułożyło mi się w głowie. Oni nas ogrillowali i znowu przytrzymali w hotelu celowo. Absolutnie celowo.

Po co?

- Proszę pani, oni zainscenizowali lub wyreżyserowali nasz pobyt w hotelu, bo liczyli, na pewno liczyli, że Jarosław - mówiąc kolokwialnie - popłynie i wyrzuci z siebie, co o nich myśli. Ich nie interesowały emocjonalne wypowiedzi Brudzińskiego, Lipińskiego, Kostrzewskiego, Bielana czy Kowala. Ale wyłącznie Kaczyńskiego.

 On się tam zachowywał nie tylko jak brat tragicznie zmarłego prezydenta, ale jak były premier polskiego rządu, i we wszystkim, co robił i mówił, czuć było - użyję mocnych słów - majestat Rzeczypospolitej. On wszystkie ich ruchy analizował. I nie popłynął, i nie mają na niego nic, po prostu nic.
Wsiedliśmy do autokaru i z powrotem na lotnisko. Jak wychodziliśmy z autokaru, kierowca, który woził nas cały dzień i był autentycznie poruszony katastrofą, uściskał nas szczerze, Jarosław się z nim pożegnał, a on: niech was Bóg błogosławi - powiedział. Piękny, ciepły gest.
Wsiedliśmy do samolotu i prawie dwie godziny czekaliśmy, aby nas wypuszczono. Najpierw silniki grzały i nikt nie przychodził. Później pilot wyłączył silniki, zostawił tylko jeden, żeby było ogrzewanie. Dalej nikogo nie było.
Putin chyba wystartował, kiedy byliśmy w samolocie, słyszeliśmy silniki.


W końcu przyszła straż graniczna i zaczęła sprawdzać nasze paszporty. Jakby na lotnisku w Nowym Jorku zjawiła się delegacja Pasztunów z Afganistanu. Wertowali je 10-15-20 minut. Potem zaczęli je sprawdzać na laptopach kolejne 40 minut. W pewnym momencie coś z sobą zaczęli konsultować. Któryś z nas podejrzał, co mają, i zobaczył, że na laptopie jednego z pograniczników nazwisko Małgorzaty Gosiewskiej wyświetla się na czerwono. Gosia, pierwsza żona Przemka, to niespokojny duch. Przychodzę trzy miesiące wcześniej do Pałacu i widzę ją - mam to w oczach - umundurowaną jak żołnierz GROM-u. Małgosia właśnie wyrwała Maćkowi z gardła pozwolenie prezydenta, by polecieć z pomocą humanitarną na Haiti.
Przeraziliśmy się, że zechcą ją w Rosji zatrzymać. Paweł Kowal zaczyna wydzwaniać do ambasadora, żeby interweniował. Ambasador nie wie, o co chodzi. A my postanawiamy: bez niej nie odlatujemy, zostajemy, nie wypuszczamy jej z samolotu.
I nagle wszystko się wyjaśnia. Gosia znalazła się na rosyjskiej czarnej liście z powodu swojego zaangażowania w Gruzji. Rzeczywiście fruwała tam bez przerwy. Wraca jeden z pograniczników. Rzuca: dobra, możecie lecieć. Jak gdyby nigdy nic. I odlatujemy
Odprawa i sprawdzenie 15 paszportów trwały z godzinę.
Na lotnisku w Warszawie wylądowaliśmy około czwartej nad ranem. Czekał na nas Maciej Łopiński. Znowu pięknie zachował się Paweł Kowal. My rozjechaliśmy się do domów, a on wsiadł z Maćkiem Łopińskim do wojskowej cesny i wrócił do Smoleńska po ciało prezydenta. I niech pani popatrzy, jedyne ciało, które przyleciało do Polski w rosyjskiej trumnie, to było ciało prezydenta. Wszystkie pozostałe wróciły do kraju w polskich.

Czyli włoskich.

- Ciało prezydenta przełożono do innej trumny. Próbowano je poddać zabiegom plastycznym. Jarkowi bardzo zależało, by przywrócić mu normalność. A na Krakowskim Przedmieściu gromadziły się tłumy. Widząc je, wie pani, co myślałem? Uczmy się od Rosji, jak robi się politykę historyczną i buduje tożsamość narodową. Uczmy się od Putina. Bo to on po jelcynowskiej degrengoladzie, kiedy Jelcyn, próbując demokratyzować Rosję, rozpieprzył - przepraszam za słowo - Związek Radziecki i Rosję, skonsolidował ją. Czym? Poczuciem dumy narodowej. Przywrócił postsowieckiej mentalności, postsowieckiemu człowiekowi, dumę z Rosji. Rosjanie potrafią być dumni, na wyrost czasami. Bo z jednej strony jest dziadostwo, życia nie cenią, ale potrafią też być cudowni. Pewno dałem przed panią upust swoim - można by odnieść wrażenie - antyrosyjskim frustracjom, ale powiem pani szczerze. Ja nie mam fobii antyrosyjskiej.

Może kompleksy?

- Nie mam kompleksu Rosjan. I marzeniem moim jest, by Koleją Transsyberyjską pojechać z Moskwy przez Omsk do Władywostoku - umawiałem się już kiedyś z Miśkiem Kamińskim, że pojedziemy razem. Wykąpiemy się w Bajkale, opijemy ruską wódką, zagryziemy rosyjskim sałem i będziemy śpiewać rosyjskie piosenki. Mamy ulubioną. "Ja tiebia nikogda nie uwiżu, ja tiebia nikogda nie zabudu". Jestem zafascynowany Rosją i sierdceszczypatielną dobrocią jej ludzi. Ale mam też świadomość, czym Rosja potrafi być w wymiarze imperialnym i czym są jej służby specjalne. Grzechem naiwności byłoby sądzić, że Rosja nie jest groźna. Jest. Nie tylko dla Polski, ale i dla Europy.


Więc niech mi pani powie, jak nie roztrwonić tego poczucia wspólnoty narodowej, która w żaden sposób niereżyserowana i przez nikogo nieinspirowana objawiła się pod Pałacem Prezydenckim. Jak jej nie roztrwonić? Jak tchnąć w nią żarliwość i wiarę w majestat Rzeczypospolitej.

Za: Teresa Torańska - Duży Format (Gazeta Wyborcza)