Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Listy od Nikodema

 czyli ułomki z kosza wspomnień… Antoniego Sypka.

Członki moje bardzo już stare uniemożliwiają mi tego roku, drogi Ricardo, poruszanie się po mojej samotni franciszkańskiej. Całe dni spędzam w celi i rozmyślam o sprawach ważnych i mniej ważnych. Nie wiem, czy pisałem Ci o tym, że już nie wstaję na jutrznię, nie schodzę na wspólne nabożeństwo rozpoczynające się jeszcze przed wschodem słońca. Gwardian zwolnił mnie z tego obowiązku. Nie tyle mnie to cieszy lub martwi, ile uświadamia, jaki jestem stary i jak ten czas szybko płynie. Mój klasztor położony na obrzeżach diecezji tarnowskiej chłonie każdą wiadomość z naszej stolicy, ale raczej wiadomość kurialną, dotyczącą życia kapłańskiego czy zakonnego. Ale jak wiesz mnie zawsze tak bardzo interesowało życie świeckie, a właściwe jego meandry nie tyle nawet polityczne, co rozgrywające się w kulturze, sztuce, poezji, teatrze, literaturze. Dzięki temu poznaliśmy się jak wiesz tak dawno temu. Pozwól mój drogi Ricardo, że w listach do Ciebie będę pytał o wiele rzeczy, które powinny być Tobie znane, inne mogą być nieodgadnione. Nie wymagam jednak, abyś na nie odpowiadał. Uważam, że Twój portal, który śledzę od początku, to jedyny portal, który nie jest na smyczy politycznej, ani nie jest całkowicie na smyczy kapitałowej. Nawet w moim zakonie, w mojej regule, nie możemy być całkowicie wolni. Wolni możemy być tylko w obliczu Pana.

Dzwonią już jak słyszę na wieczerzę klasztorną. Wprawdzie teraz u schyłku życia jem tyle, co ptaszek, niemniej wspólne przebywanie, wspólne nabożeństwa, wspólne spotkania braci zakonnej, są zawsze czymś wyjątkowym w naszym codziennym, samotniczym życiu. Zbieram się powoli, szukam mojego kostura. Ten stary klasztor, drogi Ricardo, ma już blisko 500 lat, a kiedy dzwoni nasza sygnaturka, mury klasztorne odbijają dźwięk jakby to czyniły urokliwe huryski.

Serdecznie Cię pozdrawiam mon ami Ricardo. Przed snem mam swojego Wergilego, dziś III księga o ucieczce Eneasza z Troi i jego podróżach z towarzyszami po Krecie, Tracji, Epirze, Sycylii, o śmierci drogiego Anchizesa w Drepanum. Jak wiesz moje oczy już prawie nie widzą, przesłonięte starczą błoną, ale posługuję się wielkim szkłem optycznym na tyle skutecznie, że parę stron mogę przez zaśnięciem przeczytać.

Wczoraj, w schowku na korespondencję, taki schowek-kieszeń ma każdy z zakonników obok swojej celi, znalazłem list od Ciebie. Od rana spieszę z odpowiedzią, ale wiesz, jak to jest z pisaniem w moim wieku. Zresztą czytam ów list po kilka razy i delektuję się nim, bo tylko taki mam teraz kontakt z rzeczywistością, poprzez korespondencję. Jak Ci wspominałem, po Smoleńsku zaprzestałem oglądać telewizję, nawet, a może przede wszystkim, wiadomości. Ogrom manipulacji był widoczny dla każdego, kto chciał to widzieć. Listy ze świata, tak rzadkie, są dla mnie wielką radością.

Właśnie dzwonią w klasztorze na nieszpór. W porze zimowej, kiedy tu nad Ropą słońce tak nagle zachodzi i robi się ciemno, klasztor wydaje się bezpieczny w tym surowym klimacie. Nie wiem czy wiesz, że pierwsze klasztory zakładane na ziemiach Polski przez Franciszkanów przybyłych z południa Europy, nie miały żadnego systemu ogrzewania, nie miały pieców po prostu. O ile we Francji, Italii, w Hiszpanii surowość ta była zrozumiała, a noce nawet w zimie niezbyt mroźne, tak w Polsce w ostrym klimacie mnisi marli przedwcześnie. Dopiero z czasem któryś z papieży zezwolił na zmianę Reguły i odtąd klasztory polskie braci mniejszych były zaopatrzone w kominki czy później piece. Piszę Ci o tym przy okazji zimy, która właśnie zawitała i tutaj, na Pogórze.

Pytałem Cię onegdaj o Mirka Poświatowskiego, który jawił się jako odważny dziennikarz, prowadził wiele tematów nazwijmy to śledczych. Kilka lat temu przyjechaliście do mnie, do klasztoru i przy szklanicy węgrzyna prowadziliśmy rozhowory. Jak słyszę zamilkł teraz zupełnie. On, wydawał się niezłomny, on jeden bez ustanku kontestował władzę i politykę tego prezydenta, który jest teraz zatrzymany. Czyżby Mirosława zmusili do milczenia, zastraszyli, puścili z torbami za jego odwagę? Byłoby to niepowetowaną stratą. Napisz mi mój drogi, co u niego słychać, czy przypadkiem nie stoi przy zmywaku w Brighton, co byłoby straszliwą karą dla tego młodego człowieka i pozbawienie go wszelkich złudzeń, co do znalezienia sprawiedliwości na tym ziemskim padole. Sądzę, że on jeden tropiłby teraz pajęczynę tarnowską. Oboje dobrze wiemy, że te aresztowania, to nawet nie wierzchołek góry lodowej, że pajęczyna od lat oplata polityczne i gospodarcze życie w Tarnowie.
 
W te zimowe wieczory brak mi mego przyjaciele Jacka Szurka, pamiętasz, wybitnego polonistę miejscowego liceum, historyka regionalistę. Tego samego, który przez całe  życie pedagogiczne wystawiał z teatrem szkolnym jednoaktówki Fredry. Nikt inny nie mówił już tak piękną polszczyzną, jak ten absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wieczory z nim spędzane to była istna uczta duchowa, nawet dla mnie starego mnicha, zaczytanego w te wszystkie filozofie. Jak wiesz Jacek zmarł w samą wigilię dwa lata temu, znaleziono go w swoim domku dopiero po świętach. Był samotny, nie zaskakują więc okoliczności ponurej śmierci.
Piszę o tym, bowiem dotąd dźwięczy mi w uszach mowa pogrzebowa wygłoszona na bieckim cmentarzu przez przyjaciela z Tarnowa, miał wielu znajomych w Tarnowie, kochał Tarnów prawie taką samą miłością jak Biecz. Mowa tego człowieka była tak wzruszająca, że cały Biecz obecny na pogrzebie, jakby na nowo ujrzał Jacka, jakby go nigdy takiego nie znał. Pamiętam tylko imię tego przyjaciela – Antoni.
 
Czekam na brata Anzelma, by podpierając się nawzajem razem pójść do kościoła na nieszpory. A później przed snem kilka karteczek Psa Ogrodnika Lope da Vegi, owego geniusza z Kastylii, owego dramaturga, którego i Ty lubisz. Lope da Vega na te wieczory bez Jacka Szurka jest niezastąpiony. Pozdrawiam Cię Drogi Ricardo. Zamyślam się nad marnością tego świata, jak ów Teodor z Psa Ogrodnika, w ramionach dwóch pięknych kochanek: Marceliny i Diany.


  

Oglądam mimochodem otwarcie igrzysk w Soczi. W roli gospodarza sam Putin, jakżeby inaczej. Pamiętam Drogi Ricardo otwarcie igrzysk w Berlinie w 1936 r., w roli gospodarza sam Hitler. Historia jest podobno nauczycielką życia, takie myśli przychodzą mi do głowy, kiedy oglądam owo otwarcie. Gaszę telewizor, nie mogę patrzeć na to. Świat zwariował. Ani słowa o lagrach, o milionach ofiar komunizmu, o zbrodniach Stalina, niewyobrażalnych zbrodniach. Jak dobrze wiesz bolszewia ma na sumieniu więcej ofiar ludzkich niż nazizm niemiecki.
 
Co tam w Tarnowie drogi Ricardo. Pajęczyna korupcyjna rozciąga się w każdym kącie, jak słyszę. Ciesielczyk, jak ów niezłomny Katon, puszcza filmik w tv opowiadający o wydarzeniach, z których Tarnów ostatnio słynie. Śmiano się z tego Ciesielczyka wiele lat temu, kiedy jeszcze nikomu nie śnił się Palikot, Niesiołowski, Kutz, Lepper, Grodzka, Biedroń. Nasz Katon przecierał ścieżki w uprawianiu bezwzględnej polityki. Zabrakło Ciesielczyka w tarnowskiej polityce, więc hulaj dusza.
 
U nas, na skraju diecezji tarnowskiej, głośnym echem odbyło się uroczystości święceń dwóch nowych biskupów pomocniczych diecezji. Oglądaliśmy w lektorium zdjęcia internetowe z tych uroczystości. Setki zdjęć. Nie widziałem na nich tarnowskich posłanki Urszuli, która wyszła do polityki z radia Dobra Nowina. Byli w katedrze politycy wszystkich partii tarnowskich, ale nie było Urszuli Augustyn, trzęsącej sceną polityczną Tarnowa po odejściu z ministerialnych stanowisk skompromitowanego Grada. Widocznie hierarchowie tarnowscy powiedzieli dość popierania swojej ongiś faworytki. Jej postawa w sejmie, przy głosowaniu nieludzkich ustaw, wskazywałaby na skrajny liberalizm, na nawet komunizm. Głośnym echem nie tylko w kręgach dewocyjnych Tarnowa odbiło się jej głosowanie za aborcją. To przelało chyba czarę goryczy pupilki radia RDN i pupilki poprzednich dwóch biskupów diecezjalnych.
 
Wracałem, kilka dni temu z kliniki krakowskiej po ciężkich badaniach i hospitalizacji. Była sobota wczesnym wieczorem. Samochód, którym podróżowałem, przejeżdżał drogi Ricardo ulicą Mickiewicza. Rzuciłem okiem na bryłę teatru. Ze zdumieniem zauważyłem, że teatr, oczko w głowie kolejnych prezydentów Tarnowa, spowity był w ciemnościach. Nic się wewnątrz widocznie nie działo. Czy Ty sobie wyobrażasz teatr wymarły? Zatrzymaliśmy auto w bocznej ulicy obok budynku poczty. Przed wojną uczyłem tu religii. To był wówczas budynek żeńskiej Szkoły Powszechnej im. Marii Konopnickiej. Udaliśmy się na starówkę, na ulicę Krakowską, Wałową. Niesamowite wrażenie miasta wymarłego. Ciemne okna w mieszkaniach kamienic przy głównych ulicach miasta. Nikt w tym domach, w których kiedyś kwitło życie mieszczańsko-inteligenckiego Tarnowa nie mieszka, nikt się nie rodzi, nikt nie umiera. Dla mnie widok ten to szok. Wymarłe miasto, jak Oran, w Dżumie Camusa, a ja czuję się jak Bernard Rieux
 
Zdziwiłeś się Ricardo. Nie wiedziałeś, że byłem katechetą w najsłynniejszej żeńskiej szkole Tarnowa, która przed I wojną nazywała się im. Franciszka Józefa, a następnie po 1918 r. imieniem naszej poetki? Po II wojnie szkoła już nigdy do swojego budynku nie wróciła.
 
Sięgam po pucharek z dobrym winem z Burgundii. Zaprzyjaźniony zakonnik przysyła mi, co kilka miesięcy, parę butelek tego trunku. Zbliża się północ, u nas w klasztorze to pora na najgłębszy sen po pracowitym dniu na chwałę Boga. Jeszcze tylko kilka wierszy Norwida, lubię Czwartego Wieszcza najbardziej. Jego tragicznie smutne życie każe mi się pochylać z pokorą nad losami ludzkimi. Pozdrawiam Cię mój Przyjacielu.

W swoim długim życiu widziałem wiele zim. Były śnieżne, mroźne, dokuczliwe, w dzieciństwie radosne. Jednakże podobnej zimy, jak w tym roku, trudno mi sobie przypomnieć. Połowa lutego drogi Ricardo, a z okien mojej celi krajobraz nad Ropą bezśnieżny. W moim pomieszczeniu wisi akwarela pędzla Wiesława Röhrenschefa. Przedstawia widok na nasz klasztor, z boku namalowany piękny, dziwaczny ratusz w miasteczku, z tą potężną, charakterystyczna wieżą. Malarz sztalugi rozstawił nad Ropą i spoglądał na Biecz, to widok nieodmiennie piękny.
 
Znałeś z pewnością drogi Ricardo pana Wiesława. Którego dnia, były to lata chyba 60., odprawiałem rekolekcje w wyniosłej farze w Bobowej nad rzeką Białą. Po mszy św. kiedy już wyszedłem z fary i znalazłem się na placu przykościelnym, podszedł do mnie niski, drobny mężczyzna, w grubych okularach, w takim charakterystycznym baskijskim berecie na głowie. Przedstawił się tym dziwnie brzmiącym niemieckim nazwiskiem i powiedział, że jest profesorem w Liceum Plastycznym w Tarnowie. Zaprosił do nieodległego Jeżowa, gdzie w tamtejszym dworku Ramultów prowadził plenery dla młodzieży szkolnej. Znałem ten dworek i jego właścicieli jeszcze przed II wojną. Z chęcią skorzystałem z zaproszenia i odtąd przyjaźniłem się tarnowskim artystą malarzem.

Któregoś roku odwiedził mnie w klasztorze i przyniósł piękną akwarelę przedstawiającą klasztor i kawałek miasta. Ponieważ jak wiesz nie wolno nam mieć nic osobistego co przedstawia jakąś wartość materialną, obraz ozdobił klasztorny korytarz, przeor był bardzo rad. Dziś mam go w swojej celi, gdyż nie ma już nikogo w klasztorze, kto pamiętałby, skąd się ten obraz wziął. Kiedy nagle zmarł Profesor byłem na jego pogrzebie w Tarnowie i widziałem tłumy młodzieży, którą on tak bardzo ukochał.

Co słychać Ricardo w Tarnowie? Słyszę, że lisy robią porządek w kurniku. Tak, tak. Czyszczenie przez PO sceny politycznej w Tarnowie, wycinanie niedawnych partnerów, z którymi zgodnie robiło się interesy przez prawie dwie kadencje, to właśnie przypomina porządki, jakie robiłyby wilki w owczarni lub lisy w kurniku. Poleciały głowy pp. Skrzyniarzowej, Godfryda, Placka, mają spaść Procia, Balawejdera, pewnie i w kolejce czeka nasza aktorka od lalek, czyli Maria Zabawa-Bilik. A co z lojalnym ponad miarę rzecznikiem prasowym magistratu? Nadmuchane gazety tarnowskie piszą o czyszczeniu „Tarnowian” w Tarnowie. Gęby z PO zatrzymują jednak swoje stanowiska. Co Ty na to Ricardo? Ładna zabawa, kosztem nas, kosztem Tarnowa, który przeżywa, uwierz mi,  największy skandal polityczny w 700-letniej historii magistratu tarnowskiego. „Nierządem Tarnów stoi”, to słowa poety Wacława Potockiego, rodem z pobliskiej Łużnej, słowa sprzed 400 lat. Zamiast Polski wstawiłem „Tarnów”.  Jak wiesz Potocki został pochowany w podziemiach naszego kościoła klasztornego w Bieczu.
 
Zbliża się kompleta. Wieczorna, ostatnia modlitwa wspólna, ostatnia część codziennej liturgii kościelnej, officium każdej wspólnoty zakonnej. Słyszę już kroki brata Anzelma. Podprowadzi mnie do kościoła i zatopimy się w modlitwę liturgiczną zakończoną salve regina. A później już noc, sen, który nie może nadejść, czekanie na ranną Jutrznię. Patrzę na akwarelę Rörhenschefa i myślę o swoim przemijającym życiu. Jutro załączę Ci zdjęcie obrazu. Pozdrowienia.

Pytasz mnie drogi Ricardo, dlaczego wybrałem braci mniejszych zwanych w Polsce franciszkanami lub bernardynami, w zależności od surowszej lub mniej surowszej interpretacji Reguły franciszkańskiej? Ano dlatego, że porywała mnie od najmłodszych lat działalność misyjna i apostolska na rzecz najbardziej ubogich i pokrzywdzonych. Bycie mniejszym wśród mniejszych daje nazwę naszemu zakonowi: Zakon Braci Mniejszych (Ordo Fratrum Minorum). W wyniku historycznych uwarunkowań Zakon nasz podzielił się na trzy gałęzie: Bracia Mniejsi, Bracia Mniejsi Konwentualni i Bracia Mniejsi Kapucyni. Istnieje także zakon żeński założony przez św. Franciszka i św. Klarę z Asyżu. Skupia on siostry klauzurowe, które oddają się na służbie Bogu w kontemplacji i w pracy, żyjąc w całkowitym ubóstwie, to klaryski, jak wiesz, znane ci z Starego Sącza.
 
Pytasz mnie wzrokiem a ja unikam odpowiedzi od lat. Skąd zawędrowałem do Biecza, skąd kustodia biecka franciszkanów? Mogę Ci teraz zdradzić jako, że moje ziemskie życie się powoli kończy, a ja oczekuję Pana.

  
 


Opiszę ci historię niesamowitą. Gdyby nie mój udział w niej, sam w nią nie uwierzyłbym. W 1917 r. w końcowej fazie wojny tarnowski 57. pułk piechoty został wysłany na front włoski. Do listopada 1918 r. na tym froncie w dolinach rzeki Piave trwały śmiertelne zapasy wojsk konającego już kolosa Austro-Węgier z armią włoska i koalicjantami. W dolinach nad Adriatykiem, na zboczach przepięknych Dolomitów, trup kładł się gęsto.

Urodziłem się 18 lutego 1914 r. w maleńkiej wiosce Concordia na wschód od Portogruaro. Ojciec był winiarzem, a raczej robotnikiem na plantacjach winnych. Byliśmy ubogą rodziną, ja byłem z kolei siódmym dzieckiem moich drogich rodziców. W naszej wiosce w czerwcu 1918 r., a więc już w końcowym etapie wojny, mieszkali żołnierze mówiący w obcym języku, z miękkimi głoskami i takim twardym „r” w niektórych wyrazach. Pamiętam ich ledwo, ledwo. Którego dnia rozpoczął się ostrzał artyleryjski. Kule i pociski padały na czerwonawe dachówki naszych domostw. Potężny pocisk rozerwał naszą chałupę i zabił całą prawie rodzinę. Ostał się jedynie czteroletni chłopiec, to byłem ja.
 
Jaki cudem i dlaczego dwaj młodzi żołnierze, jak się okazało z tarnowskiego 57. pp., zabrali mnie do siebie, do obozu? Za kilka miesięcy wojna się zakończyła. Dwaj młodzi żołnierze pochodzili z Galicji, z okolic Tarnowa, konkretnie z Szerzyn i Ołpin. Wzięli mnie ze sobą, czteroletniego chłopca i przez całą Europę przewieźli do Galicji. Po drodze wstąpili do Biecza, zapukali do furty i oddali mnie zakonnikowi jak paczuszkę, opowiadając mu tylko, jak mam na imię i skąd pochodzę oraz ile mam lat. Franciszkanie mnie wychowali. Kiedy miałem 16 lat opuściłem klasztor i powędrowałem w świat. Ukończyłem studia, pracowałem w wielu miejscach, żyłem w wielu miastach, ale najbardziej tęskniłem do Biecza. Kiedy już po II wojnie mieszkałem w Tarnowie postanowiłem wstąpić do zakonu. Odbyłem nowicjat, złożyłem śluby i zostałem bratem mniejszym w moim bieckim klasztorze. Ot, cała tajemnica mój drogi Ricardo.

Siły mnie opuszczają. Myślę coraz częściej o tych dwóch młodych żołnierzach. Dlaczego wzięli mnie ze sobą i przywieźli do Biecza? Nigdy ich później nie zobaczyłem. W zakonie przyjąłem imię Nikodem. Jestem jak ów Nikodem, uczeń Chrystusa, który razem z Józefem z Arymatei, zdejmuje Chrystusa z Krzyża i składają do Grobu. Chciałem przez przyjęcie tego imienia podziękować tym żołnierzom, bowiem gdyby nie ich dobroć, pozostałbym na pastwie wilków w tej mojej zbombardowanej wiosce  rodzinnej nad rzeką Piave. Ci żołnierze byli jak Nikodem i Józef.
 
Zamykam już oczy. Słyszę kroki brata Anzelma, ale już dziś z nim nie pójdę na wieczorne śpiewy. Już nie mam sił. Już pora stanąć przed obliczem Pana i zdać się na Jego dobroć. Żegnaj Drogi Ricardo, mój tarnowski przyjacielu. Piękniejszego od Tarnowa miasta nie widziałem, no, może poza Bieczem.

Twój Nikodem

Wybór i opracowanie – Ryszard Zaprzałka

 Charlotte testosterone injections