Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Dawno temu w Kosowie Lackim

czyli niesamowita historia pewnego obrazu

Dawno temu za siedmioma górami i siedmioma rzekami w Kosowie Lackim dwie dziewczyny odnalazły coś, co na zawsze odmieniło ich życie… Wbrew pozorom w dzisiejszej recenzji nie zamierzam opowiadać niesamowitych legend ani przywoływać bajek sprzed lat - pisze nasza stała recenzentka Agnieszka Winiarska, ceniona aktorka Teatru Nie Teraz. Ta historia zdarzyła się naprawdę. Rzecz działa się w zagubionej gdzieś na Mazowszu wiosce, a nie w odległej, tajemniczej krainie. A jednak pewien odnaleziony na plebanii małego kościółka obraz, zmienił życie Izabelli Galickiej i Hanny Sygietyńskiej, dwóch inwentaryzatorek Polskiej Akademii Nauk. Później wydarzenia potoczyły się jeszcze szybciej – o obrazie znalezionym w Kosowie Lackim dowiedziała się cała Polska. A to dopiero początek tej historii. Zapraszam na recenzję najnowszej książki Katarzyny J. Kowalskiej, która ukazała się niedawno nakładem wydawnictwa ,,Iskry”.

Kilka lat po zakończeniu II wojny światowej w Polsce zrodziła się idea stworzenia Katalogu Zabytków Sztuki. Do 1951 roku nie do końca było wiadomo, które z cennych dzieł rozsianych po nieco mniejszych ośrodkach kultury, przetrwało wojenną zawieruchę. Aby określić stan i wartość ocalałych zabytków powołano specjalne grupy inwentaryzatorów. Miały one dotrzeć do najbardziej oddalonych wiosek i sporządzić rejestr dzieł wartych uzyskania nadzoru ze strony państwa. W skład zespołów inwentaryzacyjnych najczęściej wchodzili historycy sztuki, muzealnicy i fotografowie.

Zapewne dzisiaj mieliby do swojej dyspozycji samochody i mapy terenowe, sypialiby w wynajętych pokojach i nie musieli martwić się o wyżywienie. Jednak w latach 60. polskie realia były zupełnie inne. Izabella Galicka i Hanna Sygietyńska, bohaterki książki Katarzyny J. Kowalskiej mogły liczyć tylko na siebie. Od ich zaradności i kreatywności zależało, czy będą pracowały z pustymi żołądkami i spały w polowych warunkach, czy wręcz odwrotnie – zostaną przyjęte przez mieszkańców wiosek z gościną i sympatią. Kobiety miały do dyspozycji jedynie… dwa rowery, na których przejechały setki kilometrów między zaszytymi wśród lasów i łąk miejscowościami. Tam nierzadko odnajdywały prawdziwe perełki polskiej sztuki, które czekały na ocalenie. Jedną z nich był znaleziony w ubogim gospodarstwie portret trumienny z XVII w. Chociaż obraz powinien znajdować się w którymś z regionalnych muzeum służył gospodarzom za łatę w cieknącym słomianym dachu (sic!). Badaczki pracowały niestrudzenie przez kilka lat aż do pamiętnego 1964 roku. Wtedy to, podczas kolejnej wyczerpującej trasy inwentaryzatorki trafiły do Kosowa Lackiego.

Przez uchylone drzwi

Książka Katarzyny J. Kowalskiej wyraźnie nabiera tempa, gdy jej bohaterki przez uchylone drzwi w kancelarii parafialnej w Kosowie Lackim dostrzegają intrygujący obraz świętego Franciszka z Asyżu. Od tego momentu historia dwóch miłośniczek sztuki zamienia się w wartko prowadzoną powieść przygodową. Okazuje się bowiem, że autorem znalezionego dzieła PRAWDOPODOBNIE jest El Greco! Niepewność, co do tożsamości autora snuje się za obrazem przez kilka długich lat.

Na początku pełne wątpliwości były same odkrywczynie. Później płótno zostało obejrzane przez specjalistów z zakresu malarstwa El Greco, a także porównane do jego znanych i ocalałych dzieł. Mimo to werdykt znawców był niejednoznaczny – stwierdzili, że ,, autorem może być El Greco, choć niewiele elementów na to wskazuje”. Rozpoczął się żmudny proces poszukiwania odpowiedzi na pytanie o autorstwo Ekstazy św. Franciszka. Nawet dla amatorów, którzy nie za bardzo orientują się w zawiłościach technicznych zawodu konserwatora i procedurach postępowania wobec płócien o niejasnym autorstwie, ta historia może być fascynująca. Książkę czyta się z wypiekami na twarzy. Wielka w tym zasługa warsztatu literackiego Katarzyny J. Kowalskiej, znanej dziennikarki i twórczyni reportaży telewizyjnych. Autorka sprawnie balansuje między podawaniem z reporterską precyzją faktografii, a budowaniem dynamicznej akcji. Jej książka właściwie oscyluje na pograniczu beletrystyki i reportażu. Jakież to interesujące połączenie! Z jednej strony czytelnik odczuwa satysfakcję z lektury – zdobywa nowe informacje, poszerza swoją wiedzy z zakresu nie tylko sztuki, ale także historii Polski. Przy okazji może także zagłębić się w arcyciekawą, pełną burzliwych zwrotów akcji historię obrazu, o którym do dziś właściwie nie wiadomo skąd się wziął w naszym kraju, jak zawędrował na Mazowsze i od kiedy był własnością parafii w Kosowie Lackim!

W to, że autorem obrazu jest El Greco wierzyły przede wszystkim jego odkrywczynie… Ktoś zakrzyknie – że jak to! Wiara? A gdzie nauka? A gdzie szczegółowe badania DNA, wyniki prac konserwatorskich? Pamiętajmy jednak, że wizerunek św. Franciszka został znaleziony w latach 60., a więc w okresie trudnym dla Polski; powszechnie słychać było głosy, że większość środków finansowych, jakie posiadało państwo należy przeznaczać na odbudowę miast, infrastruktury drogowej i przemysłu, a nie odnawianie dzieł o niejasnym pochodzeniu. Ponadto, nie dysponowano takimi możliwościami technicznymi, jakie dzisiaj mają instytucje badające autentyczność odzyskanych czy odnalezionych dzieł. Wtedy wyznacznikiem autentyczności obrazu było jego wieloaspektowe podobieństwo do innych płócien konkretnego artysty.

Po fali zachwytu nad Ekstazą św. Franciszka odnalezioną w Kosowie Lackim coraz częściej w prasie i wśród specjalistów pojawiały się głosy kwestionujące autorstwo El Greco. Opinie, że ,,lewa ręka jest jakaś koślawa – El Greco tak by tego nie namalował” i wątpliwości ,,czy mistrz Domenikos Theotokopulos (tak brzmiało prawdziwe imię i nazwisko malarza) użyłby takiego odcienia farb, jakie są na obrazie?” były dominujące w dyskusj

i na temat obrazu. Z czasem słowa zwątpienia przerodziły się w żywą dyskusję. Włączyli się w nią eksperci, dziennikarze, krytycy. Obraz wciąż jednak nie był dokładnie przebadany. Pozostawało czekać…

,,Wierzysz? Wierzę! A ty?”

Niebywałe, że odnaleziony przez Galicką i Sygietyńską obraz El Greco przez blisko 20 lat nie był publicznie eksponowany! Pierwszy raz został pokazany szerszej publiczności tuż po odnalezieniu w 1964 roku. Później ze względu na brak środków finansowych potrzebnych do jego przebadania i zapewnienia mu godnego miejsca w muzeum, płótno było przechowywane ,,na terenie diecezji”. W 1984 z okazji Międzynarodowej Wystawy Filatelistycznej do obiegu trafił znaczek z reprodukcją obrazu z Kosowa Lackiego. Mam ten znaczek. Jest piękny. To dzięki niemu sprawa dotycząca obrazu El Greco znów wróciła na pierwsze strony gazet. Zastanawiające jest, co czuły odkrywczynie mając znikome informacje na temat miejsca przechowywania oraz kondycji technicznej obrazu. Odpowiedź na to pytanie odnajdziemy w książce Katarzyny J. Kowalskiej. Autorka wiele czasu poświęca omówieniu kwestii wpływu dzieła na życie prywatne i zawodowe Izabelli Galickiej i Hanny Sygietyńskiej. Pokazuje emocjonalny stosunek kobiet do odnalezionego płótna. Podczas gdy w mediach szalała burza, bo wciąż nie było wiadomo, czy autorem jest El Greco i jak zakończy się ta nieco szalona historia, odkrywczynie co kilka dni, podnosząc głowy znad stosu dokumentów pytały się nawzajem:

 ◾Wierzysz jeszcze?

 ◾Wierzę. A Ty?…

Albo w ramach niewinnego zaklinania rzeczywistości, całowały plakat z reprodukcją obrazu, który przykleiły do drzwi swojego gabinetu. Po latach nosił on ślady czerwonej szminki…

Pod warstwą werniksu

Źródła dotyczące technik malarskich podają, że werniks to swoista warstwa lakieru nałożona na płótno, służąca kilku podstawowym celom. Może oddzielać od siebie poszczególne warstwy malunku, był także używany w zabiegach retuszujących, poprawiał chłonność farb oraz ich właściwości chemiczne. Niektóre obrazy na przestrzeni wieków wielokrotnie poddawano renowacjom (często nieudanym), przez co ich kolory i kształty, odbiegają dziś od pierwowzoru. To, co znajduje się pod nagromadzonymi warstwami werniksu stanowi zagadkę i wyzwanie dla większości osób, zajmujących się renowacją dzieł sztuki. Po długich oczekiwaniach na przełomie lat 60. i 70. podjęto decyzję, że obraz z Kosowa Lackiego ma być poddany profesjonalnej konserwacji. Prace nadzorowała i w dużej mierze wykonywała Maria Orthwein. Jej syn wspomina, że matka przez kilka miesięcy martwiła się o bezpieczeństwo obrazu do tego stopnia, że nie mogła spać ani jeść normalnie. Wreszcie, po godzinach spędzonych nad płótnem, pod kolejną warstwą werniksu ukazał się podpis malarza – Δομήνικος Θεοτοκόπουλος. Nie było wątpliwości – to El Greco. PAN w końcu oficjalnie mógł ogłosić jego autentyczność!

Wydaje się, że w tym miejscu historia obrazu znalezionego w małej polskiej parafii powinna zmierzać ku szczęśliwemu zakończeniu. Czy tak się jednak stało? Kiedy obraz został wyeksponowany tak, jak na to zasługiwał? Gdzie obecnie się znajduje? I czy jadąc na Mazowsze powinniśmy w swoich planach uwzględnić obejrzenie ,,Ekstazy św. Franciszka”? Zachęcam do poszukania odpowiedzi w książce. Ta historia nie skończyła się tak, jak można się było spodziewać.

Agnieszka Winiarska (www.kulturanacodzien.pl)

Katarzyna J. Kowalska, ,,Polski  El Greco. Ekstaza św. Franciszka. Niezwykła historia odkrycia i ocalenia obrazu”