Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

„Zelżyj Polaka, napluj na Polskę”.

To nie będzie „złota polska jesień” jaką znamy i kochamy. I wcale nie chodzi o prognozy pogody. Na jesień Anno Domini 2018 przedstawiciele antychrześcijańskiej rewolucji przygotowali bowiem dla naszego kraju coś wyjątkowego – brutalne preludium do ostatecznej rozprawy z Kościołem. To musiało się w końcu wydarzyć – pisze na portalu Pch24.pl Krystian Kratiuk. – z wielu różnorakich względów – ale sytuacja najwyraźniej dojrzała już do czynu. Trzynaście lat po śmierci Jana Pawła II okazało się okresem wystarczającym.  Między innymi dlatego, że antychrześcijańska rewolucja zdobywała inne, łatwiejsze do zagarnięcia przyczółki. Oto zaledwie kilka lat temu rozwiązała (z rewolucyjnego punktu widzenia) kwestię chrześcijaństwa w Irlandii czy na Malcie, chwilę później zabrała się za niedobitki amerykańskiego katolicyzmu, odwróciła też od Kościoła Chilijczyków. Kto więc pozostał? Polacy.  Pierwszym, i być może najbardziej efektownym ciosem w Kościół, będzie zapewne „Kler” Wojciecha Smarzowskiego. O filmie tym napisano już tak wiele, że nie musimy się nad nim dłużej zatrzymywać. Ale to nie wszystko, co dla nas przygotowano...

Wiadomo bowiem, że jeden z najbardziej rozpoznawalnych dziennikarzy związanych z liberalnymi mediami, Tomasz Sekielski, kończy prace nad filmem dokumentalnym o nadużyciach seksualnych w polskim Kościele. Z oczywistych względów nie możemy dziś na temat tego materiału wiele powiedzieć, ale jedno jest pewne – wrogie Kościołowi media uzyskają kolejny dowód na potwierdzenie ich wizji świata, według której kapłani nie zajmują się niczym innym jak tylko molestowaniem. Zapewne w kolejnych artykułach o grzesznych kapłanach znów nie znajdzie się miejsce na opisanie homo-lobby: zatruwającego Kościół od środka i – według wielu danych statystycznych – pozostającego przyczyną plagi nadużyć seksualnych. Tego media antykościelne (a i niektóre kościelne) z jakichś powodów widzieć nie chcą.

Co z tym zrobimy?

W najbliższych miesiącach możemy zostać, jako Kościół, solidnie przeorani. Nadchodząca jesień nie będzie bowiem końcem kampanii nienawiści skierowanej przeciwko duchownym i świeckim katolikom, ale początkiem wielkiej akcji mającej zmienić ostatni kraj w Europie, który pod różnymi względami wciąż można nazywać katolickim.

Rzeczpospolita Smarzowska

Polska alkoholska, wszeteczna, warcholska – taki portret naszej (i swojej…?) ojczyzny: odrażającej, brudnej, złej, niestrudzenie a konsekwentnie z filmu na film dopracowuje Wojciech Smarzowski.

Stwierdzenie, iż Smarzowski kręci wciąż jeden i ten sam obraz, jest, owszem, prawdziwe, aczkolwiek nie oddaje w pełni istoty rzeczy. Twórca ów bowiem postawił przed sobą ambitny cel nakreślenia spójnej, wieloaspektowej wizji Polski i Polaków, swoistej panoramy polskiego (w jego mniemaniu) charakteru, stylu życia i etosu. Cel owszem ambitny, acz bynajmniej niechlubny. A to z powodu użytych doń środków artystycznych. Czyż bowiem można wznieść piękny monument z błota, pomyj i ekskrementów?

Takimi właśnie „farbami” maluje Polskę uznany reżyser. Oto w każdym z jego filmów oglądamy niezmiennie tę samą „smutną jak kondukt w deszczu pod wiatr” krainę pokrytą domami złymi, w których aż kipi od brudu (moralnego i fizycznego), występku i zbrodni. Zamieszkujące ów kraj prymitywne plemię od pierwszego wejrzenia sprawia odpychające wrażenie. Ręce ich lepkie, a gardła pełne gorzały; dusze ich chciwe, a ciała lubieżne; zamiary ich podłe, a cele haniebne; język ich chamski, a oddech nieświeży; do tego „wzrok dziki, suknia plugawa”. Nie ma takiego świństwa, po które nie zawahają się sięgnąć; nie ma takiego plugastwa, w którym się z rozkoszą nie unurzają; nie ma takiej nikczemności, której nie popełnią z pijackim zaśpiewem na ustach.

Tak nas widzi Wojciech Smarzowski. I od „Wesela” po „Kler” konsekwentnie tę swoją wizję rozbudowuje o kolejne wątki – bo nie chodzi wyłącznie o ukazanie ohydy naszej powszedniej tu i teraz (czemu miały służyć „Wesele”, „Dom zły” i „Drogówka”), ale o udowodnienie, że to nie zwykła przypadłość, lecz nasza najgłębsza substancja, ponieważ zawsze byliśmy wredni (patrz: „Róża” i „Wołyń”), i wreszcie wskazanie fundamentalnej przyczyny tego stanu (to zadanie „Kleru”).

Polaków przez niezliczone pokolenia wychowuje Kościół, logicznie przeto – wedle smarzowskiej optyki – należy wnioskować, iż nie skądinąd, jak z kościelnej kruchty wynoszą oni całe właściwe sobie zło. I tak oto domyka się realizowany od piętnastu lat projekt „Zelżyj Polaka, napluj na Polskę”. A rodzimy podatnik cały czas ciepłą rączką buli na to grube miliony swych ciężko wypracowanych złotych – skąd bowiem w przeciwnym wypadku miałby się dowiedzieć, jakie z niego bydlę.

Wielu określa filmy Wojciecha Smarzowskiego mianem wybitnych dzieł Dziesiątej Muzy – mało kto chce dostrzec ich napastliwie tendencyjną jednowymiarowość. Albo brak oryginalności – ich twórca po prostu zręcznie powiela sprawdzone schematy Mosfilmu i Hollywoodu. Przez takie same wszak okulary miał niegdyś widzieć człowiek sowiecki burżuja, kułaka czy innego wroga ludu; ten sam mechanizm włącza się w głowie kosmopolitycznego przedstawiciela nowegojorczku na samą myśl o tradycyjnej amerykańskiej prowincji, gdzie wzgórza mają oczy, a u kresu drogi bez powrotu na bezkresnych polach kukurydzy rednecks z lubością rozczłonkowują przyjezdnych piłą łańcuchową…

Wracając jednak do naszych baranów (jak od XV stulecia powiadają Francuzi), trudno przecenić polityczną użyteczność dobrze skrojonego paszkwilu. Zwłaszcza na forum międzynarodowym. Jeszcze kilka takich filmów, szczególnie w charakterze „ambasadorów polskiej kultury” za granicą, i kiedy komuś przyjdzie do głowy zadać Polakom jakikolwiek gwałt, to absolutnie nikt się za nimi nie ujmie, przeciwnie: światowa opinia publiczna jeszcze temu ochoczo przyklaśnie, wiedziona trudno wytłumaczalnym, acz niezłomnym przeświadczeniem, że tak łajdackie plemię w pełni zasługuje na wszelkie możliwe plagi, a ten, kto mu w końcu porządnie złoi skórę, wyświadczy ludzkości niemałą przysługę.

Jerzy Wolak (www.Pch24.pl)

„Kler” dopiero początkiem. „Wyborcza” dała sygnał do nagonki na Kościół w Polsce.

Premiera „Kleru” Smarzowskiego okazała się sygnałem do zmasowanego ataku sił wrogich Kościołowi w Polsce. Niczym za sprawą specjalnego rozkazu, w sieci, prasie czy telewizji pojawiła się masa wypowiedzi mających tylko jeden cel: bezpardonowo uderzyć w Polski Kościół.

W sobotniej „Wyborczej” możemy przeczytać coś, co określono mianem „Raportu o Polskim Kościele”. W dwudziestostronicowym dodatku aż roi się od wypowiedzi różnego rodzaju „ekspertów”, chcących reformować Kościół – oczywiście na swój, daleki od przekonań wierzących sposób. Bardzo ciekawe jest, że zawsze przy takiej okazji najwięcej o reformie Kościoła krzyczą ci, którzy nie chcą i nigdy nie zamierzali być Jego częścią.

Zaczyna się niewinnie. Pierwsza wypowiedź należy do kapłana, który w Smarzowskim widzi tego, który „obali mury”. Po tym następuje diagnoza jaką lewicowe środowiska forsują już od co najmniej kilku lat – święcenia dla kapłanów „viri probati”, zniesienie celibatu, będącego „za trudnym” dla większości kapłanów oraz znaczne ograniczenie wszechobecnego klerykalizmu. Kończy się wręcz kabaretowo: zniesienie celibatu ma być w ocenie księdza „kluczem do wyjścia naprzeciw kryzysowi rodziny i kapłaństwa”.

W podobnym duchu wypowiada się publicysta „Wysokich Obcasów” będący byłym kapłanem. Z radością przyjmuje początek procesu mający w jego mniemaniu doprowadzić do upadku autorytetu polskiego Kościoła. „Pamiętam niewielkie grupy kleryków bardzo dobrych – w sensie moralnym, intelektualnym i społecznym (…) z tych grup było zarazem najwięcej wystąpień z kapłaństwa”. Wygląda na to, że w ocenie byłego rektora seminarium, kapłaństwo jest dla ślepo posłusznych nieinteligentnych, i niemoralnych ludzi. Dla nas chyba dobrze, ze jak przystało na człowieka „inteligentnego i moralnego”, kapłaństwo ma już za sobą.

Przygotowano także specjalną planszę „who is who” czyli ukazanie sylwetek 41 polskich biskupów wraz z pokuszeniem się o ich „charakterystykę”. Celowo wzięte w cudzysłów słowo ukazuje, że tak naprawdę jest to jedna wielka manipulacja. Przy każdym z nazwisk bowiem, zawarto krótkie wyrwane z kontekstu cytaty dobrane w taki sposób by ukazać ich stosunek do linii ideowej przez lata forsowanej na łamach „Wyborczej”. Co ciekawe, na czerwono zaznaczono tych ordynariuszy otwarcie sprzeciwiających się takiej wykładni.

Oczywiście nie zabrakło wypowiedzi Jana Hartmana, ubolewającego nad tym jak to Rzeczpospolita Polska leży przygnieciona butem Watykanu, czego dowód mamy w jakże niekorzystnym, w jego opinii, konkordacie.

W dodatku znajdziemy także pochwałę homoseksualizmu wśród duchowieństwa oraz przedstawienie w niemal gargantuicznych wymiarach chciwości księży.

Samego siebie przeszedł jednak redaktor Tomasz Bielecki. Zarzuca tradycjonalistom w Kościele, że krytykują Franciszka za to, że „walczy z pedofilią”!!! Czyżby nie dane było temu redaktorowi dostrzec jak wobec świadectwa abp. Vigano zachował się zarówno Franciszek jak i hierarchowie określani mianem „tradycjonalistów”? Zabawne jest też to, że na łamach gazety będącej ideowym przewodnikiem rewolucyjnych koryfeuszy, to tradycjonalistów określa się zwolennikami szubienicy, czy krzesła elektrycznego.

Do chóru reformatorów Koscioła dołączyła także Dominika Wielowieyska z TOK FM. Jej zdaniem, konieczne punkty takiej reformy zawierać mają zniesienie celibatu, uznanie homomałżeństw, czy wyświęcanie kobiet. Swymi mądrościami podzieliła się z czytelnikami na Twitterze.

Wszystko wskazuje na to, że jesień 2018 r. ma być preludium do ostatecznej rozprawy z polskim Kościołem. Czyżby za Irlandią, Stanami Zjednoczonymi czy Maltą przyszła kolej także na Polskę? Jedno jest pewne, musimy być gotowi. Katolicy sprzeciwiający się atakowaniu Kościoła Świętego są teraz potrzebni bardziej niż kiedykolwiek. Nie idźmy, wiedzeni szlachetną pobudką naprawy Kościoła za takimi przewodnikami jak Smarzowski. Nie dajmy się także omamić duchowi relatywizmu i obojętności, mówiącego że najlepiej stanąć z boku i nie reagować. Trwajmy w bliskości sakramentów, módlmy się za Kościół i walczmy słowem oraz piórem podtrzymywani nadzieją jak i pewnością, że „bramy piekielne Go nie przemogą”.

Piotr Relich  (www.Pch24.pl