Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Muzyka w teatrze cz. II

Bez niej żaden spektakl nie byłby taki sam. Niejednokrotnie jest jego tętnem, pulsuje w aktorach, w widzach, w każdym, kto jej doświadcza. Podobno najwspanialsza jest wtedy, gdy dopełnia spektakl, staje się jego integralną częścią. Będąca tłem wydarzeń scenicznych albo odwrotnie - punktem zwrotnym, impulsem. Jako że, luty uważany jest za miesiąc refleksji na temat muzyki, postanowiliśmy - mówi aktorka Teatru Nie Teraz Agnieszka Winiarska odbyć podróż po brzmieniach i melodiach. Snuć opowieść o muzyce, która towarzyszy spektaklom TNT, jej twórcach i dźwiękach, bez których nie ma teatru tak w ogóle... Na początek nakłoniłam do wspomnień dyrektora TNT. I przyznam szczerze - trochę tęskno do zadymionych  sal w akademikach, gdzie rodziły się talenty twórców, o których opowiadał Tomasz Żak. Jego asocjacje uzupełniał jeszcze "etatowy" bard TNT Tomasz Lewandowski i niejako nasz wychowanek, młody muzyk i kompozytor, twórca m.in. znakomitej muzyki do najnowszej premiery TNT „Koniec świata”  Seweryn Partyński. Teraz zapraszamy do drugiej części rozważań o muzyce w TNT, tym razem są to interesujące wspomnienia Mirosława Poświatowskiego, przez wiele lat filaru zespołu T. A. Żaka, znanego choćby z ważnego spektaklu TNT „Liczba Aniołów”.  

Tomek Żak rozbudził we mnie umiłowanie takiego teatru, który staje się swego rodzaju misterium. Teatr rozumiany w pewnym sensie jako sacrum. Teatr, który nas wzbogaca, który zmusza do myślenia, który działa na wszystkie zmysły, który przemawia słowem, muzyką, ruchem scenicznym i emocją. Gdzie szept może być krzykiem, a gest całym światem. Taki teatr, w którym jest Człowiek i ta niewielka plama światła, która więcej przed nami skrywa niż ukazuje. Jak wszystkie kolory tęczy rozpostarte między czernią, a bielą. Jak czarno-biała fotografia, czasem bardziej prawdziwa od tej kolorowej. Teatr jako przestrzeń mistyczna, jako miejsce spotkania. Od tej pory zawsze mnie fascynowało to, że jeśli mamy jakiś podstawowy bagaż wiedzy literackiej, kulturowej, wówczas jeden, czasem przewrotnie dobrany cytat odkrywa przed nami nowe warstwy znaczeń, nowe poziomy spektaklu, kolejne piętra, od których można dostać „gęsiej skórki”. Czas i przestrzeń przenikają się ze sobą... I może jeszcze te kilka słów, czasem gest trwający nie dłużej niż chwilę, który staje się całą opowieścią, przywołuje różne konteksty. I między innymi dlatego wydaje mi się, że taki właśnie teatr jest najpełniejszym środkiem przekazu.
  
Muzyka towarzyszyła mi zawsze, choć nigdy nie byłem zawodowym muzykiem, a zaledwie amatorem. Prawie wszystkie najlepsze pomysły przychodziły mi do głowy podczas słuchania muzyki i „w drodze”. Zatem to pielgrzymka jest dla mnie najlepszą formą modlitwy...
 
Dla mnie jako odbiorcy muzyki niekiedy najpiękniejszy bywał pojedynczy dźwięk, cudnie złamany w idealnym momencie. Bo jakże często lawina perfekcyjnych dźwięków skrywa jedynie miałkość przekazu, skrywa to, że nie ma się nic do powiedzenia, że potrafimy jedynie sporządzić kunsztowną ramę i doskonale zagruntować płótno, cisnąć na nie puszką farby – tak powstałe dzieło „uznani” krytycy może i wycmokają na najwyższą sztukę,ale będzie to jedynie hochsztaplerska sztuczka cyrkowa. Współczesne galerie sztuki pełne są walających się przedmiotów, które do nikogo nie przemawiają, które dawno straciły kontakt z odbiorcą i służą niczemu, mimo iż banda błaznów będzie je celebrować jako najwyższego lotu cymes; na deskach teatrów możemy podziwiać spektakle, tak naprawdę uznawane za sztukę ze względu na fakt, że wystawia się je w budynku teatru. Więc trochę boję się wychodzić z domu, skoro zewsząd wylewa się na nas wrzask, taki sam jak z telewizora. Z pewnością istnieją piękne dzieła, ale dziś na piedestał sztuki wspięła się ohydna poczwara estetycznej i intelektualnej pornografii. Przybiera różne pozy, uderza w fałszywe tony, pustkę okrywając jarmarczną szatą nadekspresji i histerii. Otacza ją tłum klakierów i zadowolonych z siebie dworzan, bardzo wykształconych arbitrów elegancji, przy których przypomina mi się czyjaś zgryźliwa uwaga, że tak jak oni są „bardzo wykształceni”, tak jakaś pani Kowalska, była osobą „bardzo religijną”... W sensie: niekoniecznie wierzącą, tak jak oni niekoniecznie są ludźmi na sztukę wrażliwymi. Ot, faryzeusze uczeni w piśmie...
 
Dla nich stare arcydzieła to ramota, krzyż symbolem zaścianku, a profanacja i odcinanie się od własnych korzeni synonimem postępu. Mało kto ma odwagę powiedzieć barbarzyńcom, że król jest nagi... Cóż, to chyba nie przypadek, że komuna tak chętnie duraczyła „inteligentów”. Najwięcej wśród nich głupców. Wiem, upraszczam, generalizuję, ale tęsknię za „muzyką sfer”...
Tymczasem trąby ryczą, skąpane w konfetti i refleksach świetlnych coraz bardziej wymyślnych „ram” zdobiących pustkę. A dla mnie muzyka składa się również z tych starannie odmierzonych chwil ciszy... Owszem, uwielbiam genialne, strzeliste gmachy dźwięków, kaskady perlistych tonów, ale prawdziwy geniusz potrafi najpełniej wyrażać się w tej maleńkiej ciszy... I od niej budować katedry wzruszeń...

Ach ci amatorzy! W jednej z książek Waldemar Łysiak powołując się chyba na jeszcze kogoś innego, pięknie podsumował etos amatora, jako kogoś, kto uprawia daną dyscyplinę z miłości, podczas gdy „zawodowiec” czyni to dla pieniędzy. Zatem to, co „amatorskie”, może być bardziej szczere i prawdziwe. I nie wyklucza swego rodzaju „profesjonalizmu”. Oczywiście to pewne uproszczenie, ale dość dobrze oddaje istotę rzeczy. Tezę tę potwierdza fakt, że częstokroć najwięksi twórcy, także ze świata nauki, byli samoukami, za życia tępionymi zaciekle przez uczonych „akademików” i rozpoznawanymi dopiero po śmierci. Stanisław Lem w jednym z opowiadań żartował nawet, że najwięksi geniusze nie zostają rozpoznani nigdy, a śladów ich działalności powinniśmy szukać choćby w domach wariatów i na śmietnikach.
 
I właśnie ze śmietnikowych odpadów swoje dzieła tworzył Władysław Hasior. Dzieła jakże „teatralne” w przekazie. Gdzie dwa zestawione ze sobą przedmioty tworzą czytelny przekaz bardziej pojemny niż tysiące słów. I bynajmniej nie były to poustawiane na sobie jakieś pudła mające przedstawiać Bożonarodzeniową choinką, nazywane dziś „instalacjami”. Bo prymitywna dekonstrukcja dla samej dekonstrukcji stała się złotym cielcem „sztuczki” współczesnej. Tymczasem u Hasiora to zupełnie inna klasa...

Jeżeli chodzi o Władysława Hasiora... W jego galerii - muzeum w Zakopanem można zobaczyć starą maszynę do szycia. Czerwona nić przeszywa małą laleczkę. Tytuł dzieła: „Wyszywanie charakteru”. Zdjęcie tej instalacji zdobiło folder spektaklu Teatru Nie Teraz „Liczba Aniołów”. I w zasadzie mówi o nim wszystko...

Mój udział w tym spektaklu był „spotkaniem po latach” i nie miał charakteru aktorskiego. Siedziałem ukryty za czarną kurtynką, a między kolanami trzymałem „dżembę”, afrykański bęben. Nie byłem zawodowym bębniarzem, choć instrument ten nie był mi obcy. Miałem tylko swoją wrażliwość. Jednak w pewnym sensie „dżemba” ta była jednym z aktorów. Wchodziła z nimi w dialog. Nadawała ton, lub odpowiadała na zew. Przenosiła akcję w czasie i w przestrzeni. Musiałem bardzo uważać, bo przez większość czasu nie widziałem aktorów. Musieliśmy się nawzajem słuchać i wyczuwać psychicznie. Ale po kolei...

Dla mnie „Liczba Aniołów” to przede wszystkim spektakl o kuszeniu, zniewoleniu i opętaniu. W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że mamy oto sytuację ludzi w opresji, ludzi, którzy nie mogą znaleźć żadnej pracy, nie wspominając już o pracy takiej, która gwarantuje przeżycie na jakim takim poziomie. Dla milionów Polaków przez wiele lat po 1989 roku była to rzeczywistość. I oto przychodzi „zły” i kusi człowieka: dam ci pracę, jeżeli tylko trochę nagniesz swoje zasady moralne. Albo inaczej: jak dalece potrafisz się sprzedać, za samą szansę, za miraż bycia „gwiazdą”, celebrytą? Co złożysz na ołtarzu? Jak bardzo zaprzesz się siebie? Co lub kogo jesteś gotów sprzedać, ile poświęcić? Jaki gwałt zadasz swojej tożsamości, czy pozwolisz się obedrzeć ze wszystkiego, ze swojej historii, kultury, czy sprzedasz swą duszę? Diabeł prowadzi swoją ofiarę na skraj przepaści krok po kroku, na początku nałożone na człowieka więzy bynajmniej nie uwierają. O nie, wydają się być czymś zupełnie innym, czymś godnym pożądania. I cyrografu już nie trzeba podpisywać krwią. Wystarczy tylko raz czy drugi nadstawić ucha, nastawić serce na delikatny rytm tego szamańskiego bębna, który ukryty za kurtyną podprogowo próbuje programować człowieka. Prowadzić go za rękę. Kiedy trzeba, niewinnie kusić szmerem obietnicy. Innym razem napędzać miarowym pulsem. Nadawać ton i odpowiadać na zew, by krok po kroku zniewolić, wprowadzić w trans, odrzeć z człowieczeństwa i doprowadzić na skraj przepaści... Czasem wystarczy zniewolenie, czasem jest to opętanie...

Odpowiadać na zew... To my sami decydujemy o tym, co lub kogo dopuszczamy do swojego serca. Każdy z bohaterów „Liczby Aniołów” ma już jakąś skazę, powtarzalny nerwowy tik. Może jest on jedynie owym tikiem, a może widomym znakiem przybitej na cyrografie pieczęci. Na chwilę wypływa na powierzchnię i znów się chowa do skorupy. Ów tik, u każdego inny, wydaje się być wyrazem jakiejś skazy, słabości, furtki przez którą może wcisnąć się „zły”. Nie jesteśmy doskonali i każdy z nas ma jakąś taką furtkę. Niewielu jest jej świadomych, a z tych jeszcze mniejsza liczba podejmuje trud pracy nad sobą, nad wadą, nad skłonnością. Wtedy wystarczy tylko nadstawić ucha temu, kto tą skłonność będzie karmił, podsycał. Może to być ludzka pycha. Może to być cokolwiek innego. W „Liczbie Aniołów”, funkcję tego szeptu zła, fałszywego przyjaciela wiodącego na manowce, pełnił bęben...

Przygotowała: Agnieszka Winiarska (TNT)

Ps. Spektakl „Liczba Aniołów”, którego zakopiańska premiera miała miejsce 29 września 2004, a tarnowska 11 marca 2010 roku, to opowieść o opętaniu. Z użyciem świata tego gadżetów, których może używać i używa jak najbardziej szatan. Opowieść o statystycznym Kowalskim, który znalazł się na rynku pracy i trafił do pracowni krawieckiej zajmującej się „wyszywaniem charakteru”.

Władysław Hasior, któremu TNT zadedykował swój spektakl w piątą rocznicę śmierci, to znany na całym świecie zakopiański artysta – rzeźbiarz. Jeden z najwybitniejszych twórców XX wieku.  Człowiek bardzo ważny dla TNT.  Nie tylko dlatego, że otworzył przed Teatrem swoją Galerię, ale także z uwagi na powtarzający się w jego twórczości „motyw anielski”, który stał się także jedną głównych inspiracji dla materii  tego spektaklu.