Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Nie odchodź mnie

Są dwa sposoby, aby być dobrym Polakiem i przyzwoitym człowiekiem - pisze Tomasz A. Żak, znany reżyser i publicysta.  Po pierwsze wystarczy mieć łaskę wiary, bez której polskość, jako taka, nie istnieje. Po drugie, koniecznym jest wiedzieć i rozumieć, że oprócz wiary w Pana Boga naszą tożsamość konstytuuje polska historia wpisana również w jej kształt przedrozbiorowy. I tutaj pojawić się muszą nieobecne od 1945 roku tak w edukacji, jak i w tzw. społecznej świadomości - Kresy. Bez tego, co definiuje sobą Rzeczpospolita Obojga Narodów, jest nas ledwie pół, a może nawet tylko ćwierć. Od lat uczę ludzi młodych. Przede wszystkim uczę teatru, ale jednocześnie, niejako równolegle, uczę ich historii, literatury, sztuki, geografii... Bo aktor, człowiek sceny mówiąc szerzej, nie może być tylko małpą czy papugą. A jeszcze do tego uczę podstaw katechizmu, który – pomimo wpisanych w program szkolny lekcji religii - jest nieobecny w uczniowskich głowach. Zresztą z wiedzą na temat rudymentarnych prawd wiary mają poważny kłopot także rodzice moich uczniów.

Najpierw chciałbym uprzedzić ewentualny zarzut, że wciąż piszę i mówię o Kresach. Kresowy anturaż wielu moich wystąpień czy tekstów, to tylko i aż asumpt do tego, aby opowiadać o Polsce. O tym, co uczynić, aby ludzie tutaj, jak pisał Cyprian Norwid, „byli wolni, szczęśliwi i wyżsi”. Każda z tych cech potrzebuje wzorca, bez którego zresztą nie da się nikogo i czegokolwiek nauczyć. Otaczający nas świat współczesny skutecznie degeneruje i wypacza etykę, estetykę i moralność. Poza zasięgiem tego walca pozostaje jedynie sfera mitu wywiedzionego z prawdy i prawdy obiektywnej w mit zaklętej. I to właśnie Kresy łączą w sobie te dwa fundamentalne atrybuty.

Od lat uczę ludzi młodych. Przede wszystkim uczę teatru, ale jednocześnie, niejako równolegle, uczę ich historii, literatury, sztuki, geografii... Bo aktor, człowiek sceny mówiąc szerzej, nie może być tylko małpą czy papugą. A jeszcze do tego uczę podstaw katechizmu, który – pomimo wpisanych w program szkolny lekcji religii - jest nieobecny w uczniowskich głowach. Zresztą z wiedzą na temat rudymentarnych prawd wiary mają poważny kłopot także rodzice moich uczniów. A jak żyć w naszej kulturze bez wiedzy katechizmowej? To trochę tak jakby siadać za kierownicę samochodu nie znając przepisów drogowych. Przeraża ta ignorancja ludzi ochrzczonych dotycząca religii, którą deklarują, że wyznają. Ale do jeszcze bardziej smutnych konstatacji prowadzi uświadomienie sobie, że większość osób definiujących się, jako Polacy, prawie nic nie wie o swojej Ojczyźnie i o polskości. Tutaj już nie wystarczy ilustrująca problem metafora o jeździe samochodem bez znajomości przepisów. Takie narodowe bezhołowie można by najlepiej porównać do sytuacji człowieka, który na autostradę wyjeżdża kosiarką.

   

Jeżeli konkluzje wynikające z dwóch powyższych akapitów potraktujemy poważnie i – jak to się mawia – konstruktywnie, to powinniśmy z tego wyciągnąć wniosek, że jedyną drogą do - mówiąc Norwidem - Polski szczęśliwej, jest dobrze uczyć.  Ale przecież mamy świeżo w pamięci wiosenne strajki w polskich szkołach, które nie tylko obnażyły zwykłą głupotę „ciał pedagogicznych”, ale – co gorsza – dowodnie pokazały, że młody człowiek przymusowo koszarowany w placówkach państwowej oświaty, nie za bardzo może tam liczyć na znalezienie dobra, piękna i prawdy.

Tymczasem oczywistym jest, iż chcąc uczyć i nauczyć, trzeba jednocześnie wychowywać. System oświatowy w kształcie obecnym wychowywania wręcz zakazuje, zatruty anglosaskim w praktyce, a w teorii bolszewickim tolerancjonizmem i materializmem. Antywychowując współtworzymy antykulturę, a w takim świecie nie ma miejsca ani na patriotyzm, ani na transcendencję.

  

Czuwałem kiedyś przy bliskiej mi umierającej osobie. I kiedy chciałem na chwilę odejść od jej łóżka, to usłyszałem cichy, ale bardzo wyraźny szept: „Nie odchodź mnie”. A potem, kiedyś, już po śmierci tej osoby, przyszła do mnie uderzająca refleksja. To odchodzenie, któremu towarzyszyłem, zobrazowało mi się, jako odchodzenie świata Kresów, które całym sobą chcą, abyśmy przy nich trwali aż do ostatniej chwili ich doczesnej egzystencji. Abyśmy trzymali je za rękę, mocno ściskali i mogli w drugą stronę wyszeptać: „Nigdy cię nie opuszczę. Nigdy nie zapomnę”.

Bo przecież to jest tak jak z tymi światełkami zapalanymi na grobach. To tylko światełka, ale jakoż to siła. Tajemnica wiary „w świętych obcowanie” to tajemnica tożsamości i rodzinnej, i narodowej, których nie jest w stanie zniszczyć żaden totalitaryzm, żadna schizma. I nie o tzw. wywoływanie duchów tutaj chodzi. Chodzi o pamięć, która czyni nas silniejszymi. Także silniejszymi tym, co odeszło, umarło, co nam odebrano fizycznie. Wtedy ta pamięć, duchowy przecież twór, niejako ufizycznia się w naszym życiu doczesnym. A jak to jest, najdoskonalej pokazuje nam męka i śmierć na krzyżu Pana naszego, Jezusa Chrystusa.

Wracając do świata edukacji, a dalej do sztuki teatru, widzimy jak pomimo upływu czasu fundamentalnymi są te dzieła, które powstawały z tęsknoty za tym, co ginie, co jest mordowane, a co obiektywnie jest częścią naszej – co już wcześniej napisałem – narodowej i duchowej tożsamości. Takim dramatem są mickiewiczowskie „Dziady” i takimż ponadczasowym dziełem jest „Wesele” Wyspiańskiego. I dokładnie tymże samym jest ten wiersz napisany przez małą

polską dziewczynkę na zesłaniu w Kazachstanie:
Boziu Boziu Boziu Boziu Boziu – ogrzej mnie...
Boziu Boziu Boziu Boziu Boziu Boziu  – mama gdzie?
Boziu Boziu Boziu Boziu Boziu Boziu – tata gdzie?
Nieśwież gdzie! Polska gdzie!
 Boziu Boziu Boziu Boziu Boziu Boziu – przenieś mnie
 Boziu, Boziu - co ci zależy, przenieś mnie…
Boziu Boziu – czy Ty mnie w ogóle słyszysz...?

Autorem tego kongenialnego wiersza jest Stanisława Wiatr-Partyka, osoba, dzięki której dotarła do celu moja droga do tożsamości. Gdybyśmy mieli takich Nauczycieli, to i świat byłaby lepszy, i Polska była by Polską.

To, co przed chwilą napisałem, sprawdziłem. Postanowiłem z grupą młodych adeptów teatru przygotować przedstawienie o Kresach. Scenariusz wywiodłem w całości z tekstów pani Stanisławy. Serce rosło już podczas wstępnych prac nad spektaklem. Otóż 16- 17-sto letni ludzie, niemający przysłowiowego zielonego pojęcia o Polsce za Bugiem i Niemnem, otwierali się na ten świat i chłonęli go całym sobą. Analiza tekstów, odwoływanie się do historycznych faktów, do literackich konotacji, do pejzażu nawet -  wszystko to chłonęli tak, jakby było ich brakującą częścią, która właśnie się dopasowuje do ich osobowości. A potem przyszedł czas na budowanie postaci, na sceniczne interakcje i na kostium. To nie była już zwykła zabawa formą. Patrzyłem na młodych rycerzy polskiej sprawy, na tych, którzy ściskają mocno rękę kogoś znad Zbrucza, kogoś znad Wilii. Słyszałem nawet jak szepczą – Nie odejdę. Będę pamiętać… Wtedy zaproponowałem tytuł naszego przedstawienia. Domyślasz się Czytelniku jaki? Tak: „Nie odchodź mnie”.

 

Kiedy przyszedł kontakt z widzami, pierwsze pokazy, ta nasza opowieść, hołubiona na próbach niczym czterolistna koniczyna, stała się własnością wielu. I wtedy sprawdziło się w dwójnasób, że to działa i czyni dobro.  Tak, wiem, że takie uczucia, takie twórcze emocje można odnaleźć i pod wierchami Tatr, i w mazurskiej krainie Smętka. Rzecz w tym, że Kresy wciąż są zakopane w jakichś dołach śmierci, jak do niedawna Żołnierze Wyklęci. I choć na nich pluto i zakłamywano ich życiorysy, to wolano jednak przemilczać. Rzecz w tym, że ta narodowa ekshumacja polskiej prawdy historycznej daje szansę na tożsamość nieskażoną manipulacją lat powojennych, a także tych, które napisała III RP.  Wrogowie naszej Ojczyzny tak jak boją się „Łupaszki”, tak grozą ich ogarnia myśl, że współczesna Polska mogłaby stać się prosta kontynuacją wielkiej i dumnej Rzeczypospolitej. A taką jest ona na Kresach. Nie dziwmy się wiec, że okupowane przez kulturowych marksistów sceny publiczne nie opowiedzą takiej historii. Ale przecież my mamy doświadczenie w wojnie partyzanckiej i tajnych kompletach. Nie dadzą nam rady.

Tomasz A. Żak  (www.pch.24.pl