Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Tomasz A. Żak: wróćmy do korzeni teatru, do transcendencji

Czy Międzynarodowy Dzień Teatru to tylko kolejny „dzień” w spuchniętym kalendarzu fasadowych świąt, które dekretował kiedyś komintern, potem ONZ, a teraz Bruksela? Czas i okoliczności powołania do życia sugerują, że jest coś na rzeczy w startowej dla tego projektu decyzji Międzynarodowego Instytutu Teatralnego (ITI) powołanego do życia w 1948 r. w Pradze, czyli w jak najbardziej komunistycznej Republice Czechosłowacji. Tymczasem ludzie teatru tak się przyzwyczaili do tego dnia, jak heteroseksualiści do Dnia Kobiet. Oprócz okolicznościowych wiązanek kwiatów, dyplomów, medali i specjalnie na ten czas przygotowywanych premier, świecką tradycją stało się specjalne orędzie („urbi et orbi”), każdego roku innego autorstwa.

Słownik PWN „orędzie” definiuje jako „uroczyste oświadczenie osoby wysoko postawionej, skierowane do ogółu w sprawach wielkiej wagi”. Tak więc rzecz to niebłaha. Myśląc nad tym, niejako przy tej okazji, uświadomiłem sobie, że ten kto wygłasza/pisze orędzie, to jest przecież orędownik, czyli ktoś, kto się za kimś lub za czymś wstawia (oręduje). Wobec tego, za czym orędują ludzie teatru rok po roku?

Odpowiadając na to pytanie, znów wypada wrócić do korzeni tego Dnia, a to dlatego, że od lat owe teatralne orędzia wonieją lewicowością, a „wysoko postawione osoby” zapraszane na trybunę to modelowi reprezentanci marksizmu kulturowego. W tym roku swoimi przemyśleniami podzieliła się ze światem zdeklarowana feministka, aktorka Helen Mirren, warta zapamiętania choćby z takiego bon-motu, wypowiedzianego na spotkaniu ze studentami, gdzie zachęcała, aby „być feministką bez względu na płeć lub rasę”.

Orędowniczka Mirren w swym przesłaniu zajęła się „sprawą wielkiej wagi”, czyli Covid-19. Kiedyś każda publiczna wypowiedź zaczynała się od rytualnego: „Bo towarzysz Stalin…” albo „Jak powiedział Lenin…”. Teraz przez wszystkie przypadki odmienia się słowo „koronawirus” albo „covid” i słyszymy: „Ze względu na covid…” albo „Biorąc pod uwagę koronawirus…” Porażką ludzi sztuki jest myśleć o dniu dzisiejszym tak, że każdy temat zaczynamy od tzw. pandemii i jej medycznych konsekwencji. Kierując się w teatrze li tylko kategoriami zdrowia czy ekonomii nie mamy żadnych szans, aby opisać teatrem to, co się z ludźmi i w ludziach teraz dzieje. Zakontraktowana zgoda na teatr w sieci, to nic innego jak zdrada teatru prawdziwego. Teatr nie ma „przetrwać”, a ma żyć i to intensywnie, a żyć może tylko dzięki żywym ludziom – tym na widowni i tym na scenie.

Tymczasem pani Helen chce abyśmy się cieszyli „nowymi sposobami komunikacji, w dużej mierze dzięki możliwościom Internetu”. I wierzy naiwnie – bo nie da się inaczej tego nazwać, że „silna potrzeba tworzenia (…) nigdy nie zostanie zaduszona, a w bardzo niedługiej przyszłości zakwitnie od nowa z nową energią i nowym pojęciem naszego wspólnego świata”. Jakież to jałowe, jakże „odklejone” od rzeczywistości.

Nestor polskiego teatru i teatru światowego, wielki Mistrz sceny, prof. Kazimierz Braun, nigdy nie został zaproszony przez ITI do wygłoszenia orędzia z okazji Międzynarodowego Dnia Teatru. Ale przecież możemy to zrobić my – tu i teraz. Myślę, że gdyby miał coś nam powiedzieć dzisiaj, to byłoby na przykład coś takiego (cytuję z oryginalnych tekstów prof. Brauna):

(…) Teatr jest sztuką człowieka; jest oparty o komunikację między żywymi ludźmi, a nie między maszynami. Gdy do teatru włazi za dużo maszyn, urządzeń, amplifikatorów, nowoczesnych mikrofonów i automatycznie sterowanych reflektorów, gdy oplątuje go za dużo kabli, to teatr dusi się, przestaje być sztuką człowieka, staje się grą maszyn.

(…) Podstawą gry zespołowej jest kontakt – kontakt między aktorami. To zaczyna się na poziomie własnym, prywatnym, jeszcze nie aktorskim, a musi wstępować w górę, na poziom postaci. Aktor gra sobą, czerpie ze swego serca, nerwów, mózgu, ze swojej biologii i ze swojego życia duchowego. Czerpie także ze wszystkich impulsów, które dochodzą do niego od partnera. Więc musi się nauczyć tego partnera, musi go poznać, rozszyfrować.

(…) W teatrze, za sprawą aktorstwa, dokonuje się transformacja, przemiana, przeistoczenie tego, co zmysłowe w to, co duchowe.

(…) Ja wierzę, że trzeba z ludzi wydobywać to, co jasne. Sztuka musi ludzi podnosić, a nie poniżać.

Myślę, że obecny czas jest wyjątkowym darem Opatrzności dla każdego artysty, a szczególnie dla artysty teatru. To czas definiowania siebie w tworzeniu i dokonywania najważniejszych wyborów etycznych i… repertuarowych. W teatrze trzeba oddychać wolnością. Człowiek tłamszony i godzący się na to nigdy nie będzie wolny. Ptak trzymany w klatce przyzwyczaja się do krat i nawet kiedy ktoś otworzy drzwiczki jego zamknięcia, to nie odleci. Będzie czekał na kolejną dawkę karmy. Ktoś kto żyje w kagańcu, sam wyciągał będzie szyję po swoje jarzmo. Maska w teatrze to symbol zmieniania i wciąż na nowo definiowania postaci scenicznej. Maska, która wrasta w człowieka, to antyteatr. I to dotyczy tych co tworzą i tych, bez których tworzenie w teatrze nie ma sensu – widzów.

Tak, żyjemy w ciekawych dla sztuki czasach. Tworzymy teatr w czasach ekstremalnych i choć to nie wojna, gdzie strzela się do ludzi albo zamyka się ich w obozach, to jednak jest to wojna, która daje nam szansę na przewartościowanie wszczepionego ludziom materializmu i ateizmu. Teatr to duchowość i właśnie teraz jest niezwykła szansa, aby wrócić do korzeni teatru, do transcendencji. Tylko to daje szansę na zrozumienie „DZISIAJ” i na Zmartwychwstanie.

Tomasz A. Żak (www.pch24.pl)