
czyli
DOLINA SALINAS W TARNOWSKIM TEATRZE.
Do niektórych historii wracamy myślami nie dlatego, że nie znamy ich zakończenia – po premierowo dywaguje nasza krakowska recenzentka Katarzyna Cetera, ale dlatego, że za każdym razem inaczej brzmi pytanie, od którego się zaczęły. W przypadku NA WSCHÓD OD EDENU Johna Steinbecka jest to kwestia źródła dobra i zła. O to, ile człowiek dziedziczy, a ile może zmienić. O rodzinę jako pierwsze miejsce miłości, ale też pierwszą przestrzeń krzywdy. Jakub Zalasa, przygotowując w Teatrze im. Ludwika Solskiego w Tarnowie DOLINĘ SALINAS, nie próbował tych pytań rozstrzygać. I właśnie dlatego jego przedstawienie pozostaje interesujące.

Najgorsze, co może usłyszeć dziecko, nie zawsze brzmi jak krzyk. Czasem jest to zdanie wypowiedziane spokojnie, niemal bezwiednie: twój brat jest inny. Lepszy. Łatwiejszy do pokochania. W takich chwilach rodzinny dom przestaje być miejscem, w którym można po prostu być. Staje się sceną, na której każdy gest podlega ocenie, a miłość trzeba sobie wywalczyć. W spektaklu wyreżyserowanym przez Jakuba Zalasę na Dużej Scenie Teatru im. Ludwika Solskiego w Tarnowie, ten konflikt ma rozmach biblijnego mitu, choć jego źródło pozostaje boleśnie współczesne, czy wręcz uniwersalne. Cal i Aron Traskowie nie są przecież tylko kolejnymi wcieleniami Kaina i Abla. Są braćmi, którzy próbują odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego jednego z nich łatwiej kochać niż drugiego. I czy można przeżyć życie, nie godząc się na rolę, którą wyznaczyła nam rodzina.

To właśnie w tym miejscu przedstawienie spotyka się z Johnem Steinbeckiem. NA WSCHÓD OD EDENU nie stanowi dla Zalasy powieści przeznaczonej do wiernego odtworzenia, lecz historią, którą trzeba na nowo uruchomić. Dlatego jego „tragedia kowbojska” nie prowadzi nas po prostu przez losy rodziny Trasków a przez pytanie, które pozostaje otwarte długo po zakończeniu spektaklu: czy człowiek może przestać być tym, za kogo uznali Steinbeckowski mit Kaina i Abla powraca tu rzeczywiście w formie „tragedii kowbojskiej”. Western, biblijna przypowieść i dramat rodzinny spotykają się na scenie nie po to, by stworzyć efektowną mieszankę gatunków, lecz by opowiedzieć o samotności, która zaczyna się w domu. O miłości, która nie zawsze potrafi być sprawiedliwa. I o tym, że czasem najtrudniejszą rzeczą w życiu nie jest ucieczka od rodziny, ale ucieczka od jej wyobrażenia o nas.

W centrum przedstawienia pozostają Cal i Aron Traskowie. Jędrzej Hycnar i Przemysław Płaczek grają świetnie, choć różnie – nie stanowią dwóch gotowych figur – winnego i niewinnego, ciemności i światła. W ich wykonaniu bracia są uwikłani w znacznie bardziej bolesną zależność: obaj chcą być kochani przez swego ojca, ale każdy z nich inaczej rozumie, na czym ta miłość powinna polegać. Jeden potrzebuje potwierdzenia, drugi – jak się może wydawać – otrzymuje je niemal bez wysiłku. I właśnie wtedy Steinbeckowskie pytanie o dziedziczenie dobra i zła zaczyna brzmieć jak pytanie o coś bardzo współczesnego: ile z własnego życia przeżywamy według cudzych oczekiwań?

To pytanie prowadzi tarnowskie przedstawienie dalej niż sama rodzinna saga. Bo DOLINA SALINAS nie jest wyłącznie historią o dwóch braciach. Jest także opowieścią o człowieku, który próbuje wydostać się z roli napisanej dla niego, zanim jeszcze nauczył się pisać własną. Cal nie jest tu interesujący dlatego, że przypomina Steinbeckowskiego Kaina, a dlatego, że nie chce nim być i robi wszystko, żeby nim nie być. W tej sprzeczności kryje się jeden z najważniejszych tematów tarnowskiego przedstawienia: człowiek może buntować się przeciwko temu, co zostało mu przypisane, ale bunt nie daje jeszcze wolności. Czasem tylko bardziej boleśnie przypomina, że cudze oczekiwania zdążyły już wejść pod skórę.

Tadeusz Łomnicki buduje Adama Traska bez łatwych ocen. To ojciec, który chce być dobry. I być może właśnie dlatego jego porażka jest tak dotkliwa. Nie mamy przed sobą scenicznego tyrana, którego można byłoby wygodnie potępić. Mamy człowieka, który kocha, ale nie umie kochać w taki sposób, jakiego potrzebują jego dzieci. To jedna z najbardziej gorzkich prawd rodzinnych: dobre intencje nie chronią przed zadawaniem bólu.

W tej konfiguracji szczególnego znaczenia nabiera świetnie zbudowana przez Angelikę Smyrgałę postać Abry. Nie jest ona jedynie bohaterką uczuciowego uwikłania braci. Jej obecność pozwala spojrzeć na nich z innej perspektywy, a przede wszystkim wprowadza do świata przedstawienia możliwość wyjścia poza role, które bohaterowie od dawna sobie przypisali. Cathy Trask Matyldy Baczyńskiej, Li Katarzyny Łubik, Samuel Tomasza Piaseckiego i Faye Martyny Dyląg dopełniają tę galerię postaci, ale nie tworzą po prostu realistycznego tła dla rodzinnego dramatu. Każda z nich jest częścią większej opowieści o dziedziczeniu, wyborze i odpowiedzialności.

Tarnowska DOLINA SALINAS Dolina Salinas nie jest zresztą spektaklem, który chciałby ukryć własną teatralność. To istotne. Scenografia Jakuba Kotyni, kostiumy Julii Zawadzkiej i Karoliny Merty, światło Klaudyny Schubert oraz muzyka Jana Bąka – te elementy budują przestrzeń daleką od realistycznej rekonstrukcji Kalifornii. Nie chodzi o to, żeby uwierzyć, że naprawdę znaleźliśmy się w dolinie Salinas a raczej o stworzenie miejsca, które mogłoby istnieć gdzieś pomiędzy konkretnym krajobrazem a krajobrazem pamięci, pomiędzy ziemią a mitem. Ta przestrzeń jest surowa, pozbawiona komfortu. Dobrze współgra z bohaterami. Oni także wydają się pozbawieni czegoś, co pozwoliłoby im spokojnie osiąść we własnym życiu.

A jednak pierwszy akt przedstawienia Zalasy nie zawsze pozwala wybrzmieć relacjom między bohaterami. Problem nie polega na braku wydarzeń. Przeciwnie – motywów i pomysłów jest dużo, znacznie trudniej reżyserowi okiełznać ich hierarchię. Spektakl chwilami dokłada kolejne elementy zamiast pozwolić wybrzmieć temu, który już znalazł się na scenie. Muzyka wykonywana na żywo, obecność muzyków, kolejne teatralne przekształcenia, stylizacje – wszystko to buduje charakter spektaklu, ale jednocześnie odwraca uwagę od tego, co powinno być jego centrum: od ludzi uwikłanych w niemożliwą do rozwiązania rodzinną relację.

Dotyczy to także postaci muzyków, którzy w toku przedstawienia przekształcają się w szeryfów. Sam pomysł jest wyraźnie teatralny i ma mieć w sobie potencjał gry z konwencją westernu. Problem pojawia się wtedy, gdy pytamy o jego dramaturgiczną konieczność. Nie rozwijają opowieści, nie komplikują relacji między bohaterami, nie otwierają też wyraźnie dodatkowego poziomu interpretacji. Pozostają – może efektownym, lecz dramaturgicznie niewykorzystanym znakiem. W pierwszym akcie, w którym akcja i tak chwilami traci rytm, szeryfowie są obecni, ale nie przejmują narracji, nie rozwijają opowieści, nie komplikują relacji między bohaterami, nie stają się też komentującym chórem. Ich obecność ginie więc wśród innych środków inscenizacyjnych. Pozostają efektownym, lecz dramaturgicznie niewykorzystanym znakiem.

W drugim akcie sytuacja jest znacznie ciekawsza i szybsza. Kiedy historia Trasków nabiera ciężaru, kiedy konflikt przestaje być tylko konstrukcją fabularną, a zaczyna realnie dotykać bohaterów, sceniczna zabawa okazuje się coraz mniej potrzebna. Okazuje się, że spektakl zaczyna “działać”, kiedy ogranicza liczbę dodatkowych znaków i pozwala aktorom grać relacje. To właśnie drugi akt pokazuje, jak dobrym materiałem dla teatru jest Steinbeck.

Czy człowiek może wybrać siebie? To pytanie w DOLINIE SALINAS brzmi szczególnie mocno, ponieważ odpowiedź nie jest ani pocieszająca, ani jednoznacznie pesymistyczna. Dziedziczymy przecież więcej, niż chcielibyśmy przyznać: rodzinne lęki, oczekiwania, sposoby reagowania, nieprzepracowane konflikty. Dziedziczymy również opowieści o samych sobie. „Jesteś dobry”. „Jesteś trudny”. „Tobie można ufać”. „Z tobą zawsze będą problemy”. Czasami te zdania są silniejsze niż fakty. Najciekawsze momenty tarnowskiego spektaklu pojawiają się właśnie wtedy, kiedy postacie próbują się z tych zdań wydostać. Oczywiście, nie zawsze im się udaje – i dobrze. Teatr, który zbyt szybko daje swoim bohaterom możliwość odkupienia, bywa podejrzanie łaskawy. DOLINA SALINAS takiej łaski nie oferuje. Nie mówi, że wystarczy mocno chcieć, by zerwać z przeszłością. Nie przekonuje też, że wszystko jest z góry zapisane. Zostawia człowieka dokładnie pomiędzy jednym a drugim przekonaniem. W miejscu niewygodnym, ale twórczym. Dlatego najważniejszym słowem tego przedstawienia nie jest chyba „zło”. Jest nim wybór – a on nigdy nie przychodzi za darmo.

Można oczywiście patrzeć na tarnowski spektakl jak na kolejną adaptację wielkiej amerykańskiej powieści. Można doceniać aktorstwo, scenografię, muzykę, pomysł na połączenie westernu z tragedią i biblijnym mitem. Ale szkoda byłoby zatrzymać się na tych kategoriach. Bo przedstawienie Zalasy ma w sobie coś bardziej niepokojącego: przypomina, że w rodzinnych opowieściach niemal zawsze istnieje ktoś, komu przypisano określoną rolę. Dobrego syna. Złego syna. Tego, który zawiódł. Tego, który miał być nadzieją.
A potem ten ktoś próbuje zagrać własną historię. Czy mu się uda? Na to pytanie nie odpowiada ani reżyser ani DOLINA SALINAS. I właśnie dlatego warto ich posłuchać.
Katarzyna Cetera
Zdjęcia: portal KADR I Tarnowski Teatr
DOLINA SALINAS
na motywach powieści Johna Steinbecka
NA WSCHÓD OD EDENU
fragmenty tłumaczenia: Bronisław Zieliński;
tekst i reżyseria: Jakub Zalasa;
reżyseria świateł, foto: Klaudyna Schubert;
scenografia: Jakub Kotynia;
kostiumy: Julia Zawadzka, Karolina Merta;
muzyka: Jan Bąk;
choreografia: Martyna Dyląg;
konsultacje pole dance: Emilia Bieszczad:
asystentka reżysera, inspicjentka, suflerka: Izabella Wielgus
Obsada:
Cathy Trask – Matylda-Baczyńska;
Li – Katarzyna Łubik (gościnnie);
Abra – Angelika-Smyrgała;
Cal Trask – Jędrzej Hycnar (gościnnie);
Adam Trask – Tadeusz Łomnicki (gościnnie);
Aron Trask – Przemysław Płaczek;
Samuel – Tomasz-Piasecki;
Faye – Martyna Dyląg (gościnnie);
Esperalda – Jan Bąk (gościnnie);
Horacy Quinn – Jakub Zalasa (gościnnie)
Prapremiera spektaklu odbyła się 5 września 2026 r na Dużej Scenie
Teatru im. Ludwika Solskiego w Tarnowie.

















