
czyli
lekarz, malarz, aktor i poeta.
Galeria Hortar w Tarnowie rusza z nowym cyklem artystycznym „Lekarze w Hortarze”. Pierwszy wernisaż prac Jacka Jasiniaka odbył się w czwartek, 26 lutego o godzinie 17.00. Wcześniej, 10 lutego minęła 63 rocznica śmierci jednego z najwybitniejszych i najtragiczniejszych polskich poetów Władysława Broniewskiego. Zaś, za niedługo, bo w marcu minie kolejna 70. rocznica urodzin Edwarda Żentary, charyzmatycznego aktora filmowego i teatralnego oraz dyrektora Tarnowskiego Teatru.

Hortarowy projekt poświęcony jest lekarzom, ich misji, wrażliwości i pasji tworzenia, bo często za białym kitlem kryje się potrzeba piękna, skupienia, opowieści zapisanej kolorem, kreską, formą. W ramach cyklu przez kolejne miesiące prezentowane będą obrazy, grafiki, rzeźby i fotografie, tworzone dłonią, która potrafi nie tylko leczyć, ale i tworzyć. Jak pierwsza zaprezentowana została wystawa malarstwa Jacka Jasiniaka „Ślady procesu”. Wernisaż wystawy odbył się w czwartek, 26 lutego o godzinie 17.00. Jego bohater to lekarz stomatolog i malarz, dla którego sztuka stanowi przestrzeń refleksji nad doświadczeniem, pamięcią i tożsamością. W swojej twórczości łączy precyzję spojrzenia z wrażliwością na emocjonalny wymiar ludzkiego losu. Malarstwo traktuje nie jako efekt końcowy, lecz jako drogę – zapis wewnętrznych przemian, napięć i odkryć. Motywem przewodnim wystawy jest ślad, jaki w każdym pozostawia przeżycie. Artysta zadaje pytanie: co sprawia, że jesteśmy tym, kim jesteśmy? Inspiracją dla tematu ekspozycji stał się Tarnów, w którym spędził młodość „durną i chmurną”.

Nieco wcześniej, bo 10 lutego (2026) minęła 63 rocznica śmierci jednego z najwybitniejszych i najtragiczniejszych polskich poetów Władysława Broniewskiego, któremu pozwalano dostrzegać poezję jeno na dnie kieliszka. Gdy przy różnych sytuacjach minionych lat pojawiała się w moich myślach postać Władysława Broniewskiego, w głowie od razu uruchamiał się szkolny stereotyp „poety robotników”, sławiciela ludu pracującego miast i wsi. Widząc, choćby tylko na zdjęciach, rozsiane w różnych miejscach kraju pomniki (Płock Warszawa…), niemal zawsze odtwarzała się w moich myślach rytmiczna fraza: „Kiedy przyjdą podpalić dom, ten, w którym mieszkasz — Polskę, kiedy rzucą przed siebie grom, kiedy runą żelaznym wojskiem…”
I dopiero po całej epoce, jaka minęła od wybrzmienia moich ostatnich szkolnych dzwonków, dowiedziałem się, że pod tą spiżową warstwą poety ludu skrywał się człowiek nie z granitu i stali, a z krwi i kości. A tak właściwie – wrak człowieka, którego system przemielił i wypluł, używając do tego najstarszego narzędzia świata: alkoholu i kobiet. Ze zdumieniem dowiadywałem się, że Broniewski nie był mniej czy bardziej zwykłym poetą, który lubił się napić. To był poeta z talentem tak wielkim, że można by nim obdzielić kilku laureatów Nobla. Miał bowiem w sobie w sobie ogień. Był legionistą, żołnierzem, patriotą, który jednocześnie wierzył w czerwoną ideę, ale nie tę, którą zaserwował mu powojenny PRL, a tę idealistyczną.
I tu był pies pogrzebany. Władza Ludowa kochała go jako symbol, ale nienawidziła jako człowieka. Dlaczego? Bo trzeźwy Broniewski był dla władzy niebezpieczny.
Wyobraźmy sobie następującą sytuację: Władysław, ten sam, który siedział w więzieniach sanacji i NKWD, kiedy tylko trzeźwiał, zaczynał wszystko widzieć na ostro. Widział kłamstwo, widział obłudę systemu, któremu rzekomo służył. Budził się w nim ten stary, niepokorny żołnierz, który potrafił rzucić w twarz partyjnym dygnitarzom prawdę tak bolesną, że aż zęby bolały. Kochał Polskę, ale nienawidził tego, czym się stała pod butem Rosji. Trzeźwy Broniewski to był Broniewski, który mógł napisać coś, co zatrzęsłoby posadami tego tekturowego państwa. Nie można go było zamknąć i uciszyć, bo był zbyt sławny. Trzeba go było jakoś spacyfikować. Dlatego bezpieka (SB) wpadła na pomysł równie genialny, co potworny. Uznali, że najbezpieczniejszy wieszcz to pijany wieszcz. Zamiast zamykać go w celi, zamknęli go w butelce. Stworzono wokół niego specyficzny, duszny ekosystem. To nie było tak, że on sam szukał okazji do picia – te okazje przychodziły do niego. Dbali o to, by nigdy nie musiał się martwić o zaopatrzenie. Ale najgorsze w tym wszystkim były kobiety. Nie te, które kochał naprawdę – jak jego pierwsza żona Janina czy tragicznie zmarła córka Anka – ale te „anioły stróże” podstawiane przez służby. To brzmi jak scenariusz taniego filmu szpiegowskiego, ale niestety było szarą rzeczywistością. Mówi się, że niektóre z partnerek, które przewijały się przez jego życie w późniejszych latach, miały w teczkach personalnych wpisane bardzo konkretne zadanie: pilnować, by kieliszek mistrza nigdy nie był pusty. Ich „miłość” była mierzona w litrach wódki. Miały go kochać, adorować, słuchać jego wierszy, a w odpowiednim momencie – dolać. Byle tylko nie zaczął myśleć, byle tylko nie zaczął pisać tego, co naprawdę czuł.
Przerażający obraz. Widzimy wielkiego poetę, który powoli, na oczach całego salonu literackiego, topi się w morzu alkoholu. Wszyscy to widzą, wszyscy wiedzą, ale nikt nie reaguje, bo tak jest wygodnie. On sam staje się swoją karykaturą. Pisze coraz słabsze wiersze na zamówienie, odbiera ordery drżącą ręką, a w środku wyje z bólu. Ból po stracie córki mieszał się z bólem po stracie godności. Wódka była dla niego znieczuleniem, ale dla władzy była smyczą. Krótką i skuteczną. Zrobili z niego marionetkę, która poruszała się tak, jak zagrała orkiestra, byle tylko po występie czekała nagroda w płynie.
Zamiast krat, zbudowano wokół niego miękki, ale szczelny kokon izolacji, pozwalając mu pić, byle tylko nie trzeźwiał i nie przypominał sobie, kim był naprawdę. Tragedia Broniewskiego polega na tym, że był świadomy swojego upadku. W przebłyskach świadomości, pomiędzy jednym ciągiem a drugim, pisał rzeczy wstrząsające, pełne żalu i rozpaczy. Ale te głosy tonęły w kolejnym toaście wznoszonym przez fałszywych przyjaciół i podstawione kochanki.
Patrząc dziś na jego twórczość, warto pamiętać o tym kontekście. Warto widzieć w nim nie tylko autora „Słowa o Stalinie”, ale przede wszystkim ofiarę cynicznej gry, w której stawką była dusza artysty. Utopiono ten niesamowity talent w wódce i kłamliwej czułości, bo trzeźwy Broniewski był po prostu zbyt wielki na te małe, podłe czasy.
Władysław Broniewski zapił się w końcu na umór. Oficjalna wersja: rak krtani. Na jego pogrzeb przyszły tłumy. Władza wreszcie odetchnęła z ulgą. /Janusz Niżyński/

Zaś, za niedługo, bo w marcu minie kolejna 70.rocznica urodzin Edwarda Żentary, charyzmatycznego aktora filmowego i teatralnego oraz dyrektora Tarnowskiego Teatru, z którym łączyła nas miłość do teatru i poezji… Nie tak dawno byłem na Pomorzu w Sianowie, gdzie został pochowany i skąd samotnie i w zapomnieniu tęskni do naszego teatru…
„Cichy, skupiony reprezentował wrażliwość introwertyka niezwykle zaangażowanego emocjonalnie w sceny, w których występował. Miał swój osobny, bardzo ciekawy, intymny świat. Kroczył niezależną drogą. Jego lektury, komentarze świata były głębokie, przemyślane, wyważone. Ogromnie mi żal, że odszedł oryginalny artysta i ciekawy człowiek, i to w tak młodym wieku.”…
Tak o zmarłym koledze po fachu wypowiadał się na łamach „Dziennika Polskiego” nr. 121. OLGIERD ŁUKASZEWICZ….
Aktor zaistniał w świadomości widzów rolami plastyka-karateki w dramacie WOJCIECHA WÓJCIKA pt: „KARATE PO POLSKU” (1982), wrażliwego poety Janka Pradery w produkcji WITOLDA LESZCZYŃSKIEGO „SIEKIEREZADA” (1985), oraz Maksymiliana Kolbe w dramacie biograficznym KRZYSZTOFA ZANUSSIEGO pt: „ŻYCIE ZA ŻYCIE” (1991). Ogółem wystąpił w 40-stu produkcjach począwszy od debiutu w serialu „RODZINA POŁANIECKICH” (1978)….
Był laureatem nagród takich jak Złoty Ekran, Złota Kaczka, oraz nagrody im: Zbyszka Cybulskiego. Zyskał szacunek i prestiż w branży piastując wiele wysokich stanowisk m. in. dyrektora teatru w Tarnowie…
To właśnie tam z biegiem lat zaczęły się jego kłopoty których nawarstwienie się finalnie doprowadziło do wielkiej tragedii. Aktor popełnił samobójstwo wykrwawiając się w wannie. Pozostawił list, w którym tłumaczył swoje postępowanie. Jako przyczynę wskazał fatalną sytuację w tarnowskim teatrze, konflikt z miejscowymi aktorami, jak również problemy i rozterki sercowe…
25 maja 2011 roku okazał się bardzo smutną datą dla polskiej kinematografii…
Tego dnia bowiem EDWARD ŻENTARA targnął się na swoje życie…
Dzień po Jego śmierci „Gazeta wyborcza” z 26 maja 2011 powołała się na jedną z wcześniejszych wypowiedzi aktora…
„Fizycznie jestem silny, a psychicznie niestety słaby.”…
Historia EDWARDA ŻENTARY niestety nie ma happy endu. Warto jednak stale wspominać aktora. Jak każdy z nas miał swoje słabości, oraz zalety. Był jednak przede wszystkim dobrym człowiekiem i tak też został zapamiętany…
W chwili śmierci miał 55 lat… /Przemysław K. Borowik/
R.Z.

















