
czyli
Polska nie dla idiotów.
Najpierw cytat z prof. Kazimierza Brauna z roku 2020: Więc co stało się z teatrem XXI wieku? Ja myślę, że traktowany poważnie jako sztuka i jako służba, trwa i rozwija się nadal. A degeneruje się wykorzystywany dla celów propagandy politycznej, czy jako tuba takich czy innych orientacji seksualnych (…)

Łże kultura
Problem dzisiejszych artystów polega przede wszystkim na tym, że sztukę widzą, użyjmy mocnego porównania, w seksualnym rozkroku – dywaguje w programie lokalnej tv STARnowa Tomasz A. Żak. Jawi im się ona, jako rozdarta pomiędzy buntem (przypisanym wszelkim twórcom jako oczywisty), a byciem na usługach tzw. rynku. To oczywiście musi artystę doprowadzić do zdrady – albo siebie samego i naturalnej ludzkiej wrażliwości, albo do zdrady rozumianej szerzej, jako wyparcie się własnej kultury, narodowości, a w konsekwencji także wiary w Boga…
Chociaż nie – jest inaczej:
Boga wypierają się najpierw, bo to wpisuje się w ów zaprogramowany „bunt”. Wtedy artyści ten bunt przyjmują jako swój, co okazuje się być najłatwiejsze, a ponadto „artystyczny ateizm” wyjątkowo dobrze się dzisiaj sprzedaje.
Bezczelnym kłamstwem jest teza wspierająca wszelkie zaprzaństwa tzw. salonu, głosząca, że każdy człowiek sztuki jest „lewicowy niejako z artystycznej natury”, dzięki czemu żyjemy w lepszym i w ogóle w nowoczesnym świecie.
Tymczasem wokoło nas szerzy się barbarzyństwo tak etyczne, jak i estetyczne, które odwołuje się do najbardziej ciemnej epoki w historii cywilizacji europejskiej, jaką był czas tzw. oświecenia. Sprzeczność nazwy owej epoki z jej treścią jest orwellowskim przykładem odwracania sensu słów, a w konsekwencji niszczeniem naturalnego porządku świata. Podczas rewolucji we Francji (zwanej rewolucją francuską) prekursorsko i skutecznie użyto wytrycha wyborów demokratycznych do zniewolenia całego narodu, co skończyło się m.in. pierwszym na naszym kontynencie ludobójstwem.
Nie była to rzeź rasowa czy etniczna, ale wymierzona przeciwko wyznawcom wiary katolickiej oraz obrońcom monarchii. To, co stało się w Wandei, powtórzono i zwielokrotniono po 1917 r. w Rosji. Tam również pod tym samym zakłamanym szyldem wolności, równości, braterstwa i władzy ludu.
Każda rewolucja ma swoich bardów i natchnionych apolegetów, bo nawet najgorsze draństwo i bezeceństwo lubi się uszminkować artystami. Czynnym jakobinem, głosującym za gilotyną dla króla, był malarz Jakub David. Szczególnymi względami cieszył się osławiony i patologiczny erotoman de Sade, a pisarz Jan Jakub Rousseau – nihilista i wolnomularz, był i wciąż jest swoistym guru dla kolejnych pokoleń rewolucjonistów.
W Rosji Sowieckiej odpowiednikiem Rousseau był – uwaga – teoretyk kultury, Anatolij Łunaczarski. Ten bolszewicki komisarz przez długie lata decydował o kształcie szkolnictwa w Związku Radzieckim, co przy jego politycznej idei zastąpienia rodziny przez organizacje społeczne (czytaj: państwo), było równoznaczne z zanikiem uczuć ludzkich w poddanych indoktrynacji pokoleniach młodych ludzi. To on powiedział: „Jeżeli rewolucja może dać sztuce duszę, to sztuka może dać rewolucji jej mowę”. Mistrzem rewolucyjnej mowy został Władimir Majakowski, niegdyś ikona lewicy wszelakiej, nie mniejsza niż dzisiaj Che Guevary. Ten niezwykle zdolny poeta, w życiu prywatnym promował permisywizm, a w swej twórczości komunizm. Trochę (ale tylko trochę) dziwi jego nieustająca popularność w kręgach zwolenników wolności wszelakiej, gdy zestawić to z przekonaniami tego artysty, choćby tymi ubranymi w kolektywistyczną a znaną przecież frazę: „Jednostka – zerem, jednostka – bzdurą”. Dodajmy, że wiersz zawierający to wyznanie był hołdem złożonym wodzowi rewolucji w Rosji – Leninowi.

Takich artystów, „lewicowych z natury”, moglibyśmy przywoływać i cytować na pęczki, bowiem nie brakuje tych, co opiewali kolejne w dziejach makabry i ludobójstwa, które jakoś z reguły związane są z marksistowskim światopoglądem. I tak jest aż do teraz, chociaż dzisiejsi „czerwoni” sugerują nam, abyśmy ich bunt kojarzyli raczej z „ruchem ’68 roku”, z tzw. kontestacją, z czasem „dzieci – kwiatów”. A jeżeli już odwołują się do jakichś nazwisk, to usłyszymy o Worholu, Morrisonie, Ginsbergu, a u nas o Szymborskiej lub Tokarczuk. Pomimo odżegnywania się od krwawych ideowych antenatów, współczesny kulturowy marksizm firmując się personaliami bitników, hipisów, czy multikulturowców, ukazuje nieopatrznie swą prawdziwą antykulturową twarz.
„Antykultura”, to nawet semantycznie coś przeciwko kulturze; coś bez kultury. Nie dziwmy się więc wszechobecnej dekonstrukcji w sztuce. Sowieccy czekiści definiowali się bezczeszcząc kościoły; hiszpańscy republikanie mordując księży i gwałcąc zakonnice, a dzisiejsi oni „tylko” wieszają na Krzyżu genitalia albo śpiewają kolędy ilustrując je stosunkiem seksualnym. A do tego wszystkiego dochodzi jeszcze hipokryzja większa niż Himalaje. Mając instytucje, dotacje, etaty, media, a czort dobrze wie, co jeszcze, oni wciąż i wciąż definiują siebie, jako wykluczanych z kultury przez opresję konserwatywnego i katolickiego społeczeństwa.

Kłamstwo rewolucji
Wszystko, co „zbuntowani” postmoderniści oferują, jako odkrywcze i awangardowe, już było. I to najczęściej w Średniowieczu – epoce, którą oni traktują pejoratywnie, jako synonim czasu zniewolenia i upadku sztuki. Tymczasem to właśnie wtedy wszystkie aktywności artystyczne osiągały szczyty swych warsztatowych możliwości, a merytoryczna strona powstających dzieł do dzisiaj zachwyca i zadziwia ponadczasowym uniwersalizmem. Jest jednak zasadnicza różnica dotycząca sensu wszelkiej artystycznej działalności; różnica pomiędzy twórcami czasu Christianitas, a tymi, którzy powstanie swego pierwszego dzieła usiłują negocjować z Mefistofelesem. Praca artystyczna dedykowana Panu Bogu fundamentalnie zmienia motywacje i lokuje emocje artysty dokładnie tam, gdzie on marzy, aby być – w świecie pełnej wolności twórczej. Ta wolność jest jedyną prawdziwie możliwą, bo nie jest przez nikogo zadekretowana, ani od nikogo kupiona – jest efektem danego nam przez Stwórcę wolnego wyboru. Sztuka urodziła się z religijnego kultu, z obrzędowości, a artysta „poczęty został” tuż obok ołtarza i z natury swojej jest wpatrzony w Boga, czyli – upraszczając – jest prawicowy.
Marksiści XXI wieku w Polsce, śladem lewaków Zachodniej Europy, przez dwie ostatnie dekady zmonopolizowali nad Wisłą niemal cały przekaz kulturowy w zakresie sztuki tzw. prestiżowej, a więc tej, która transmituje do elit politycznych wartości, zainteresowania, poglądy, a nawet interpretacje wszelkich zjawisk. A elity te, skutecznie zarażone liberalizmem oraz ojkofobią, zarządzając instytucjami kształtującymi politykę kulturalną, przenoszą te trendy na całe społeczeństwo. W tej sytuacji ani polski interes narodowy, ani katolicka wykładnia życia nie mają szans na upowszechnianie. Są, jak to się mawia, „na cenzurowanym”. A artyści tworzący dla ludzi i ku chwale Bożej zostali wyrugowani z możliwości normalnego funkcjonowania, czyli w konsekwencji ekonomicznie spauperyzowani. Getto, do którego są zapędzani, ma tylko jeden cel – odizolować ich od możliwości komunikacji społecznej, aby przypadkiem ludzie znów nie uwierzyli w Boga i znów nie zaczęli kochać swojej Ojczyzny.

Zdrada stanu
W tym kontekście dziwiła mnie indolencja tzw. prawicowych rządzących (od poziomu gminnego samorządu po szczyty władzy). Dziwiła do czasu, aż zrozumiałem, że deklarowana prawicowość takiego Prawa i Sprawiedliwości, to tylko przedwyborczy chwyt marketingowy. Wiedząc, że mamy do czynienia z oszustami, nie może już zaskakiwać ich brak zrozumienia tak oczywistego faktu, że zawłaszczenie instytucji kultury polskiej przez tzw. liberałów jest bardziej groźne dla Ojczyzny, niż spółki skarbu państwa w rękach postkomunistów. Temu brakowi zrozumienia towarzyszyła przez całe lata „tolerancja” dla kulturowego draństwa, a nawet wspieranie go z państwowego budżetu.
W efekcie mamy dzisiaj do czynienia z sytuacją porównywalną do zżerającej zdrowy organizm gangreny. Bo jak inaczej nazwać coraz agresywniejszą „artystyczną” promocję antypolonizmu i salonowy lans na zwierzęcy antyklerykalizm? Jeszcze 25 lat temu można to było wyleczyć. Dzisiaj trzeba by już działań radykalnych, włącznie z amputacją chorych części ciała.
Zaraza objęła nie tylko organa centralne (czytaj: Warszawę, Poznań, Wrocław, Gdański, Kraków itd.), ale także odległe od metropolii ośrodki i ośrodeczki (np. Legnicę, Słupsk, Tarnów, Bydgoszcz itd.) Reprezentanci zarażonych organów, w obawie przed możliwymi działaniami leczniczymi, łączą się w różne towarzyskie gildie, np. „reżyserów i reżyserek”, jak kiedyś „proletariusze” w komitety. I tak, jak przez dziesięciolecia na publicznych scenach nie było miejsca dla pomordowanych Żołnierzy Wyklętych, dla wołyńskich ofiar banderowskiego ludobójstwa, dla opluwanych antysemityzmem Polaków ratujących Żydów podczas holokaustu, dla dekonstruowanej cynicznie wielkiej polskiej tradycji romantycznej, czy po prostu dla wykluczanych z dyskursu publicznego wierzących w Boga, tak jest i dzisiaj. Zwycięscy hunwejbini rewolucji zwiększyli nawet swe możliwości eksterminacji resztek upartego „ciemnogrodu”, tworząc prawną pałkę „mowy nienawiści”.

Budujmy Arkę
No cóż, mamy już wystarczającą ilość informacji, aby bez żadnych wątpliwości zdefiniować obecny stan polskiej kultury. Mamy również dostateczną ilość wiedzy o mechanizmach społecznych i funkcjonowaniu instytucji w niesuwerennym państwie, aby móc to zmienić. A zmiana jest konieczna, jeżeli Polacy chcą żyć w Polsce, a tak nie będzie, gdy głównym nurtem kultury jest wciąż „odpolaczanie”, a podstawową tegoż techniką jest „pedagogika wstydu”.
Zła istniejącego w kulturze nie wyleczymy ekumenicznym perfumowaniem i czekaniem „aż oni zrozumieją”. Oni nie zrozumieją, a na czekanie już nie mamy czasu. Głosy w urnach wyborczych, jak to w demokracji, nie są efektem wiedzy i miłości Ojczyzny, ale emocje, którym podlega elektorat. Dotąd nie stworzyliśmy żadnej „arki przed potopem”, jak chciał w jednej ze swoich pieśni Jacek Kaczmarski. Tak więc – i to całkiem poważnie – trzeba myśleć o całej flocie „szalup ratunkowych”. Trochę może takich, jakimi były polskie dwory w czas zaborów albo takich, jak z końcem XIX wieku domy ludowe na polskich wsiach.
Instytucje są potrzebne, ale ważniejsi są ludzie. Przestańmy myśleć jak w komunizmie, czyli etatystycznie i nakazowo. To nie urzędy są kreatorami kultury prawdziwej, ale ludzie właśnie. A takowi jak najbardziej istnieją, i jako nadawcy (artyści), i jako odbiorcy (widzowie). I kiedy tak z moim Teatrem podróżuję po Polsce, to spotkam ich wszędzie. I widzę, że z roku na rok jest ich coraz więcej.
I widzę jak wracamy „do rozumu”, zaczynając od Ojczyzny, która odtwarza w ludziach Honor, a wszystko w naturalny sposób wtedy łączy w nas Bóg.
Może to wielu zdziwi, ale znając historię miejsca danego nam przez Opatrzność, a które ktoś kiedyś nazwał „Bożym igrzyskiem”, patrzę w przyszłość z optymizmem. Odzyskiwać instytucje kultury należy, jeżeli tylko zdarzy się taka możliwość, ale wypada zamiary mierzyć siłami i strategię dopasować do realiów. A tutaj, wbrew temu, co głosi taka czy inna gildia okupujących instytucje oszołomów, nikt do teatrów nie wprowadzi komisarzy wojskowych, ani nikt nie będzie np. internował dyrektorów sodomitów. Dzisiaj potrzeba innych działań.
Jakich?
Zapraszam do lektury mojej książki „Polska nie dla idiotów”.
Tomasz Antoni Żak

















