
czyli
doulowanie Sabiny Jakubowskiej.
Doula (z greckiego: „służąca, niewolnica”, obecnie rozumiana jako „kobieta wspierająca”) to wykształcona i doświadczona kobieta, która zapewnia ciągłe, niemedyczne wsparcie emocjonalne, informacyjne i fizyczne kobiecie w ciąży, w czasie porodu oraz w okresie połogu. I ta wikipediowa definicja doskonale oddaje to co obecnie wypełnia życie zyskującej coraz większą popularność pochodzącej z Brzeska pisarki Sabiny Jakubowskiej. Poczytna pisarka rozchwytywanych bestselerów, obecnie mieszkanka pobliskich Jadownik – magister archeologii, doktor nauk humanistycznych, certyfikowana doula, nauczycielka i przede wszystkim mama, spotkała się wczoraj, w piątek 24 kwietnia, ze swoimi czytelnikami w niedawno otwartym nowoczesnym Gminnym Centrum Kultury i Czytelnictwa w Lisiej Górze.

Sabiny Jakubowskiej powieść dla młodzieży „Dom na Wschodniej” (2015, Wydawnictwo Relacja) została uhonorowana Nagrodą Główną „Tygodnika Powszechnego” i Instytutu Książki w konkursie Promotorzy Debiutów (2015). Z kolei jej doktorat opublikowany pod tytułem „Imiona – dziedzictwo kultury” (2022, Księgarnia Akademicka) otrzymał wyróżnienie w ogólnopolskim konkursie publikacji o tematyce regionalnej – Nagrodę im. Anatola Omelaniuka. Powieść „Akuszerki” (2022, Wydawnictwo Relacja) uzyskała nagrodę Krakowskiej Książki Miesiąca, została też nominowana do Nagrody im. Witolda Gombrowicza, Nagrody Literackiej Nike oraz Nagrody Literackiej Unii Europejskiej, reprezentując Polskę. Ostatnio prawa do ekranizacji powieści nabyła Agnieszka Holland. „Położne” to nieoczywista kontynuacja „Akuszerek”, powieść ukazała się w lutym 2026 (Wydawnictwo Relacja).

Jak to się stało, że jako absolwentka archeologii zaczęła pani pisać, a wcześniej została doulą?
U mnie to się przenika. Pisanie, doulowanie, uczenie, i tak dalej. Moja rzeczywistość jest wielozawodowa. Jak to się stało? Po studiach archeologicznych nie było pracy dla archeologów. Podjęłam wtedy pracę w Miejskim Ośrodku Kultury w Brzesku, w „Brzeskim Magazynie Informacyjnym” BIM. Więc w zasadzie życie zawodowe zaczęłam od pisania, a nauczanie i doulowanie później przyszło. Doulując, pisałam doktorat, więc cały czas te dwie sfery życia mi się przenikały i jakoś ze sobą współpracowały, a czasami jedno drugiemu bywało wyzwaniem. W trakcie tworzenia doktoratu potrzebowałam odpocząć przy fikcji, napisałam wtedy powieść „Dom na Wschodniej” dla młodzieży, a potem „Akuszerki”.

A jak się zaczęła pani przygoda z „Akuszerkami”?
Wraz z badaniami nad doktoratem przyszły do mnie „Akuszerki” czyli opowieść o fikcyjnych akuszerkach zanurzonych w lokalnym kolorycie, w kontekście historycznym i społecznym. Użyłam też autentycznego źródła historycznego, aby zilustrować fikcyjną treść. Był to zeszyt mojej prababki ze szkoły położnych, zapis lekcji z 1886 roku. Zaskoczyło mnie bardzo, że niektórzy czytelnicy myślą, że ten zeszyt to wspomnienia prababki, jej pamiętniki. Dementuję to już cztery lata, jakie minęły od wydania powieści. Pamiętniki nigdy nie istniały. „Akuszerki” to stworzona przeze mnie fikcja.
Jakubowska na ponad 700-stronach zawarła nie tylko fenomenalny obraz z historii położnictwa XIX i XX wieku, ale przede wszystkim odkryła na nowo historię regionalną i genialnie odtworzyła język tamtych czasów (1880-1950). Pobrzmiewają tu dalekie echa wieloetnicznej i wielonarodowej Rzeczypospolitej. Swoistego tygla barwnych postaci. Są tu i trzy pokolenia właścicieli Browaru Okocimskiego, partyzanci, rodziny szlacheckie, poeci, kupcy, żandarmi, rolnicy, profesorowie medycyny, ale przede wszystkim historyczne postacie ze świata położniczego.

Z kolei „Położne” osadziła pani w Krakowie i w Niepołomicach. Kraków oczywiście ze względu na szkołę, w której uczyły się wcześniej akuszerki, a później położne. A Niepołomice za sprawą słynnej porodówki na zamku, w jaki sposób to wszystko oddziaływało na bohaterki, na ich losy?
Tak, przygotowywałam się impresjonistycznie, chodząc po Krakowie, po Niepołomicach, doświadczając światła, atmosfery. Poznawałam te tereny. Kraków znam z czasów studiów, ale to jednak jest trochę co innego, pokazać tam bohaterkę, której młodość przypada na lata międzywojenne. Pobyć z nią w Krakowie w czasach okupacji. Zobaczyć z nią to miasto. Czy ono miało czym oddychać w czasach okupacji? I jak to się zmieniło po przyjściu wyzwolicieli, czy rzeczywiście było dużo więcej wolności? Pochodzić z Reginą po medycznej części Krakowa, po ulicy Kopernika, zobaczyć kliniki. Potrzebowałam się do tego przygotować, właśnie chodząc. Oprócz sięgania po bibliografię, lubię doświadczać dane miejsce, czuć. Wtedy dopiero mogę swoje odczucia udostępnić Reginie czy innym bohaterom moich powieści.
Zanim jednak Regina dotrze do Niepołomic, odwiedzi też Jadowniki, Brzesko i powiat brzeski. Te okolice pojawią się też w jej wspomnieniach. Wraz z bohaterką zanurzymy się w atmosferze brzeskiego liceum tuż przed pierwszą wojną światową, wynajmującego pomieszczenia w ratuszu miejskim. Regina przyjeżdża do rodziny, idzie przez Jadowniki, obserwuje, co się zmieniło w latach powojennych. Tworzyłam klimat tej miejscowości bazując na fotografiach z lat pięćdziesiątych, sześćdziesiątych, przecież moja mama i jej rodzina są z Jadownik. Żeby osadzić się lepiej w tych czasach, zagłębiałam się we wspomnienia osób, które chciały mi opowiedzieć o swojej młodości czy dzieciństwie, o różnych specyficznych szczegółach, które czynią różnicę w opowieści o miejscu i czasach.

Wiem, że pisząc stosuje pani taką metodę, że na bieżąco dowiaduje się o tym, co ci bohaterowie mają pani do powiedzenia.
Na początku widzę fikcyjnych bohaterów trochę tak, jakbym oglądała film, migawki ich wypowiedzi, działań. Dowiaduję się, jak się czują, jacy są. Gdy zaczynam pisać, tworzę ramę z wydarzeń historycznych, zagłębiam się w lokalność. Wiem też, jakie idee chcę pokazać. W „Akuszerkach” i „Położnych” jest to poród na tle wydarzeń historycznych. Kobiety nie rodziły w próżni i wszystko, co się wtedy działo, na pewno wpływało na nie w tych kluczowych momentach ich życia, jakim jest stawanie się matką. Rozpoczynając pisanie, mam w głowie pierwszy rozdział i ostatnie zdanie, natomiast pomiędzy płynę za moimi bohaterkami i bohaterami. Poznaję ich, zagłębiam się w ich życie i nieraz sama się dziwię, dokąd oni mnie prowadzą.

Skoro były „Akuszerki”, teraz są „Położone” czy ma Pani coś więcej w zanadrzu? Wiem, że nie wyklucza pani kolejnych publikacji?
Etapem niezbędnym do napisania czegokolwiek jest u mnie „ciąża literacka”, ten etap „w głowie”. „Akuszerki” napisałam w pięć miesięcy, ponieważ robiłam wtedy tylko to, ale dopiero po kilku latach myślenia o nich. Z „Położnymi” w głowie chodziłam przez rok, zanim usiadłam do pisania, które trwało dwa lata pomiędzy moimi obowiązkami doulowymi, nauczycielskimi i wyjazdami na liczne spotkania autorskie. Obecnie w mojej głowie bije się ze sobą kilka powieści, więc mówię im: „ustawcie się w kolejce, a ja poprzyglądam się tej, której temat najbardziej mnie woła”, ale jeszcze nic tutaj nie jest przesądzone.

Sabina Jakubowska jest prawnuczką akuszerki Anny Czerneckiej. Autorka przez wiele lat śledziła księgi metrykalne, przeanalizowała mnóstwo dokumentów, choć w głównej mierze sięgnęła po unikatowe zapiski swojej prababki, po której została legenda, zbiór anegdot przekazywanych w rodzinie, kilka zdjęć, drobiazgów akuszerskich. A także zeszyt z 1886 roku, który własnoręcznie podpisała: „Cesarsko-Królewska Szkoła Położnych w Krakowie”. Zostało po niej coś jeszcze. Ślady w dokumentach i w ludzkich sercach, które Jakubowska umiejętnie wprowadziła do literackiej fabuły. Akcja książki rozpoczyna się w 1885 roku na jednej z podkrakowskich wsi. Młoda dziewczyna o imieniu Franciszka odkrywa swoje powołanie i pomaga kobietom w odbieraniu porodów. Dzięki swojej determinacji rozpoczyna naukę w specjalnej szkole dla położnych, mieszczącej się w Krakowie.

To jest opowieść, której się wierzy – pisze na swoim profilu Fb Agnieszka Winiarska – mama, aktorka i poetka. Zachwycona jestem szczerością, w jakiej napisane zostały ,,Akuszerki”.
Źródłem ich wyjątkowości jest doświadczenie, empatia wobec drugiego człowieka i wiara w sens Życia. To genialna powieść, bardzo użyteczna (@literatura.przepiękna i dodaje, że absolutnie piękne jest to, że Jakubowska z taką czułością oddaje ciału to, co cielesne; że pokazuje jego siłę, umiejętności czerpania z instynktów, że oddaje intuicji należne jej miejsce. Ciepło się robi na sercu czytając o tym, jak bohaterki ,,Akuszerek” słuchają siebie, jak się uczą wyłączać myślenie, zdawać na to, co w jest w nich od pokoleń. To nie żadne zabobony. To połączenie wiedzy i czucia – swoisty sojusz szkiełka i oka.
Jeśli ktoś, tak jak ja, ma za sobą trudne doświadczenia okołoporodowe i obawia się lektury,,Akuszerek” zapewniam,że nie musi – ta powieść niesie ze sobą światło…

Zaś Marcin Łopienski zadaje w sieci prowokacyjne pytanie: Czy mężczyźni powinni sięgać po książki skierowane do kobiet?
To pytanie dręczyło mnie przez cały czas czytania „Akuszerek” pisze, czyli łącznie 10 dni. Mam taki zwyczaj, że jeszcze przed lekturą dokładnie oglądam każde wydanie i tym razem trafiłem na posłowie, w którym Sabina Jakubowska wyraźnie zwraca się do „Czytelniczek”. Oho, pomyślałem, nie zaczyna się najlepiej. Cieszę się, że jednak skończyło się znakomicie.
Fascynująca jest w tej książce subtelność, z jaką autorka opowiedziała całą historię. Jakubowska na blisko 700 stronach przybliża czytelnikowi sztukę położniczą z przełomu XIX i XX wieku. Miejscem akcji jest wieś, a ten kto choć raz obejrzał w telewizji „Znachora” wie o jakich warunkach mówimy. Mamy tu zatem brud, smród, litry wódki i sporo przemocy, również tej domowej, ale przede wszystkim oceany krwi, gówna i błota. Nie wspominając już o samych porodach. Jakubowskiej szczególnie udała się rzecz niebywała: potrafiła te wszystkie mrożące krew w żyłach sceny przedstawić z taką nieopisaną wręcz wrażliwością, że jako mężczyzna nieoglądający na żywo porodu, nie czułem obrzydzenia. Przeciwnie: najtrudniejsze przypadki pokazane w „Akuszerkach” czytałem z większym napięciem niż niejeden kryminał.
Taki zabieg autorski znacznie przyczynił się do tego, że Jakubowskiej udało się napisać porywającą powieść o miłości z historią Polski w tle… Dopiero wtedy może w pełni oddać się swojej posłudze. Ale tej miłości w „Akuszerkach” znajdziecie ogrom: między dziewczyną a chłopakiem, kobietą i mężczyzną, żoną i mężem, rodzicem i dzieckiem.

Dopełnieniem „Akuszerek” są bohaterowie. Akcja powieści rozgrywa się na przestrzeni 65 lat, dlatego musicie być gotowi na sporą liczbę postaci. Ważne jednak, że każda z nich jest realistycznie przedstawiona i nawet wrzucenie ich wszystkich na deski teatru świata nie prowadzi do tego, że giną gdzieś w tle. Przeciwnie: oni są i zaznaczają swoją obecność własnymi – często rozrywającymi serce – decyzjami. Na koniec wrócę do pytania z początku recenzji: czy „Akuszerki” to powieść, po którą powinni sięgnąć mężczyźni? Moim zdaniem tak! Znajdą tu bowiem wiele wzorców męskości i ojcostwa, do tego mnóstwo przykładów na to, jak powinna postępować głowa rodziny, ale też patriota. Przede wszystkim jednak każdy facet podczas lektury „Akuszerek” będzie miał okazję głęboko zajrzeć w serce kobiety i przekona się w ten sposób, że na świecie nie ma piękniejszego i bardziej wrażliwego skarbu.
Sława „Akuszerek” wyszła daleko poza Brzesko i Jadowniki. Jeszcze w przedsprzedaży znalazły się na 3 miejscu listy 100 bestsellerów Empiku w swojej kategorii, potem przez kilka miesięcy nie opuszczały pierwszej 40. Czułaś dumę widząc rankingi i czytając recenzje?
Przyjemność.
![]()
Wiele materiałów potrzebnych do napisania książki pozyskałaś przygotowując pracę doktorską dotyczącą imiennictwa. Wertowanie ksiąg metrykalnych to zadanie fascynujące, czy raczej niezwykle nudne?
Księgi metrykalne to moja kolejna wielka miłość. Serio. Kiedy czujesz pod palcami życie tych ludzi… 20 663 osób ochrzczonych przez 222 lata. Dotykałam ich, a oni dotknęli mnie. Nie brakowało przygód i fascynacji. A to czarownica Kaśka. A to Bierut jako ojciec chrzestny. I co chwilę wyskakiwała prababka akuszerka, żeby mi pomachać.
Napisałaś dwie książki i pracę doktorską dotyczącą Jadownik. To z miłości do miejsca zamieszkania, czy raczej z niechęci do podróżowania?
Głoszę chwałę Jadownik na każdym kroku (śmiech)! Brzesko też lubię, to miasto mojego dzieciństwa i młodości. Czasem miło jest gdzieś wyjechać – a potem wrócić, i już z oddali wita mnie Bocheniec.

Korzystałem z: Od „Akuszerek” do „Położnych”. Wywiad z Sabiną Jakubowską – Gazeta Krakowska, Tarnów nasze miasto.pl oraz Brzeski Magazyn Informacyjny.
Ryszard Zaprzałka
Zdjęcia – Anna Cebula (GCKiC Lisia Góra)

















